wtorek, 28 września 2010

Muzyka Śmiertelnego boga


Ot, drobnostka. W Śmiertelnym bogu pojawiają się dwa utwory – dwie piosenki. Nie pojawiają się ot tak, po prostu, czemuś mi tam służą. Szkopuł w tym, że pewnie ich nie znacie. To stare melodie. Myślę, że fascynatów muzyki lat 20tych i 30tych, sięgających po moją książkę, można policzyć na palcach jednej ręki. Nic nie szkodzi: poniżej znajdziecie linki do obu piosenek na serwisie YouTube. Polecam!

Someone To Watch Over Me, George Gershwin (wykonanie Ella Fitzgerald)

It’s Time to Say Goodnight, Henry Hall

sobota, 25 września 2010

Wielkie czytanie Malazańskiej Księgi Poległych, część 10


[Poniżej znajdują się spoilery do książek z cyklu Malazańskiej Księgi Poległych]

Wielkie czytanie Malazańskiej Księgi Poległych trwa. Przypominam: w tym cyklu przywołuję treść poszczególnych rozdziałów sagi Stevena Eriksona, wdając się czasem w analizę lub interesujące dygresje. Oczywiście, moje posty są tylko cieniem rzucanym przez właściwy re-read, odbywający się na stronie wydawnictwa Tor. Osoby chcące pogłębić znajomość Malazańskiej Księgi Poległych kieruję tutaj.

Czuję, że muszę przyspieszyć moje wielkie czytanie, bo mam już trzytygodniowy poślizg względem anglojęzycznego, a chciałbym gdzieś pomiędzy wpisy wepchnąć również recenzję Pyłu Snów. Więc do dzieła: w rozdziale 18 wątki zaczynają się splatać, a mgła unosić.

Rozdział otwiera scena z udziałem Podpalaczy Mostów. To jeden z cieplejszych fragmentów Ogrodów Księżyca. Sójeczka izolował się od swoich podkomendnych - w życiu zbyt wiele naoglądał się śmierci - wyznawał zasadę „nie spoufalania się”, bowiem w ten sposób łatwiej było mu znosić stratę żołnierzy. Oddział doprowadza do konfrontacji dowódcy z tym strachem – wreszcie Sójeczka przyjmuje ich „ofertę” przyjaźni. Jak wspominałem we wcześniejszych postach z serii, Eriksonowi świetnie wychodzi obrazowanie żołnierskiego braterstwa i tym razem jest nie inaczej. Scena nie jest wymuszona ani ckliwa. Jest szczera.

Tymczasem Paran dociera do Darudżystanu z półżywym Collem. Dawny możny prosi kapitana, aby zaprowadził go do Gospody „Pod Feniksem.” W tawernie przebywają już Crokus i Żal/Apsalar – pracownice przybytku otrzymały wyraźne rozkazy od Węgorza, aby ich tam zatrzymać. Przybywa Kalam (ponownie próbuje skontaktować się z Gildią Skrytobójców), któremu Paran wydaje stanowczy rozkaz – zabójca ma sprawdzić Młotka, uzdrowiciela Podpalaczy Mostów.

W gospodzie pojawia się cały oddział Malazańczyków. Młotek rzeczywiście jest w stanie uleczyć Colla, ale nie na tym skupi się czytelnik. Tylu informacji i odpowiedzi, ile otrzymujemy podczas tej sceny, nie dostaliśmy chyba od początku książki. Sójeczka kontaktuje się z Dujekiem za pośrednictwem dziwnego komunikatora pradawnej rasy K’Chain Che’Malle (biorąc pod uwagę konstrukcję ich twierdz oraz statek odkryty przez Karsę w Domu Łańcuchów, zakładam, że to jakiś rodzaj zaawansowanej technologii, nie magia). Zaczyna się wymiana wieści. Bohaterowie debatują o śmierci czarodziejów (Ballurdana i Tattersail), o zamiarach Laseen, o prawdziwym celu Lorn i Toola, o machinacjach potęg (Tronu Cienia, Oponn, Rake’a i „jakiejś marionetki”). Wreszcie, otrzymujemy dwa soczyste kawałki, które staną się osią następnych dwóch tomów serii. Dujek wspomina o rozwiązaniu armii i rychłym transporcie do Siedmiu Miast, gdzie lud dojrzał do buntu (witajcie Bramy Domu Umarłych), a także o większym od Rake’a czy jaghuckiego tyrana zagrożeniu z południa, w osobie Panniońskiego Jasnowidza (witaj Wspomnienie Lodu). Pamiętam, że czytając ten fragment pierwszy raz, wiele lat temu, zachodziłem w głowę: dobry Boże, nie skończył jeszcze (mowa oczywiście o Eriksonie) jednego wielkiego konfliktu, a już planuje następny? Dzisiaj uważam to za mistrzowski ruch. Rzadko kiedy prowadzący wojnę skupiają się tylko na pokonaniu wroga – świat jest zawsze bardziej złożony - patrzą naprzód, na powojenną sytuację, na konflikty i problemy, które powstaną w wyniku zakończenia danego starcia. Tak jest też w Malazańskiej Księdze Poległych.

W cieniu powyższej sceny rozgrywają się inne, bardziej kameralne, ale nie mniej ważne. Rallick Nom ściera się z Ocelotem w dzwonnicy K’rula. Ten drugi płaci za spotkanie życiem, ten pierwszy zostaje jednak ranny. Daleko poza miastem Tool lokalizuje finnest tyrana (w uproszczeniu, magiczny artefakt, w którym Jaghut przetrzymuje część swojej mocy). Plan wygląda następująco: Lorn zaniesie przedmiot do miasta, aura jej miecza ukryje go na pewien czas przed zmysłami tytana. Kiedy ten się obudzi i odkryje, gdzie znajduje się drogocenny obiekt, uda się po niego i wpadnie w pułapkę.

Rozdział 19 to ciąg scen przygotowujących wielki finał. Z jednej strony Rallick i Murillo pieczętują plany zabicia Turbana Orra (rany odniesione przez Rallicka zasklepiły się, a otataralowy pył pokrywający jego ciało zniknął). Murillo podejrzewa Kruppe’ego o bycie Węgorzem. Również Wielki Alchemik Baruk wyraża zainteresowanie nieuchwytnym przywódcą siatki darudżystańskich szpiegów i – to już moja spekulacja – również domyśla się, że jest nim Kruppe. Lorn przedostaje się samotnie do miasta (dzięki mocy otataralowego miecza, jej rany prawie się zasklepiły; przypomnijcie mi proszę, czy to Gotism, bo nie kojarzę tego leczniczego efektu z następnych tomów). Zamierza ukryć gdzieś finnest, a potem rozprawić się z powiernikiem monety i Żal/Apsalar. Paran zastanawia się nad planami Sójeczki dotyczącymi Darudżystanu – czy zamierzają przejąć władzę, aby z pomocą bogactwa państwa-miasta walczyć z Laseen? Nie, mają gorszego wroga, o którym była już mowa w poprzednim rozdziale: Panniońskiego Jasnowidza.

W rozdziale 19 Erikson poświęca też trochę miejsca Crokusowi i Apsalar. Jeszcze w gospodzie „Pod Feniksem” młody złodziej ma złe przeczucie; musi się rozmówić z Chalice. Na zewnątrz Serrat, jedna z Tiste Andii, która próbowała ich już zaatakować przed posiadłością Mammota (niewielka scenka z rozdziału 18), jeszcze raz nastaje na ich życie, ale powstrzymuje ją jakaś tajemnicza siła. Crokus i Apsalar kryją się w dzwonnicy K’rula, gdzie odnajdują ciało Ocelota. Widzą, jak na nocnym niebie wokół Odprysku Księżyca pojawiają się skrzydlate sylwetki. Apsalar opowiada Crokusowi legendę o ogrodach kryjących się pod powierzchnią księżyca i o czasie, kiedy wybrani zstąpią tam, aby żyć wiecznie w pokoju. Ci w was, którzy czytali Myto Ogarów, wiedzą, że to nie będzie możliwe.

piątek, 24 września 2010

Sezon na...

Jesień to nowa wiosna. Przynajmniej serialowa. Przez lata przerzucałem się powoli na telewizyjny import i teraz w zasadzie pilniej śledzę ramówki amerykańskich stacji, niż naszych własnych. Jesień to nowa wiosna, bo to początek sezonu. Ulubione serie powracają po kilkumiesięcznej przerwie (często aby rozwiązać cliffhanger), a widz ma nadzieję, że odkryje też jakąś nową perełkę.

Mógłbym się rozpisać o Fringe’u albo Supernatural, ale myślę, że trąciłoby to banałem, więc zamiast tego przypomnę, że w zeszłym tygodniu debiutował trzeci sezon Clone Wars. Tak, to animacja, teoretycznie dla dzieci, chociaż w zeszłym roku z rosnącym zdziwieniem śledziłem zwyżkującą liczbę dojrzałych wątków i przede wszystkim śmierci na ekranie. Po premierowych odcinkach trzeciego sezonu mogę powiedzieć tylko tyle: to najlepsza rozrywkowa space opera, jaką oglądałem w ciągu ostatnich lat (scenariusze biją na głowę nowe odsłony filmowe sagi).

Na ekrany telewizorów powrócił też stosunkowo młody serial, Community, nietypowa komedia o community college, czymś pośrednim między szkołą policealną a studiami wyższymi. Community wyróżnia się przede wszystkim niecodziennym humorem i, podobnie jak The Office, brakiem „śmiechu z pudełka.” Polecam.

czwartek, 23 września 2010

Recenzja. Pustka: Sny

Pustka: Sny Petera F. Hamiltona. Trudny orzech do zgryzienia. Zanim napisałem tę recenzję, zastanawiałem się długo, czy zacząć ją od początku, czy od końca, wreszcie, wiedząc, że nie będę w stanie utrzymać tajemnicy werdyktu do ostatniego akapitu, zrezygnowany postanowiłem wyłożyć kawę na ławę. Pustka: Sny okazała się książką nie dla mnie. To znaczy, było w niej wiele z tego, co w literaturze hard SF lubię, ale kiedy poskładałem te kawałki w całość, nie spodobał mi się tak zbudowany obrazek.

Pustka: Sny to historia zakrojona na szeroką – galaktyczną – skalę. W centrum Mlecznej Drogi znajduje się pustka. Kiedyś wierzono, że to super-czarna dziura, ale prawda jest zgoła inna: to sztuczny konstrukt, w którego wnętrzu mieści się inny świat. Miliardy ludzi, wyznawców Żywego Snu, pragną dołączyć do tej drugiej rzeczywistości poza horyzontem zdarzeń. Taka deklaracja wzbudza niepokój wielu frakcji postludzkiego rządu Wspólnoty i obcych ras, bowiem próba sforsowania pustki może się zakończyć wielkim pożeraniem – ekspansją, która zagrozi istnieniu Galaktyki.

Moim zdaniem to świetny pomysł, rozwijany powoli, ale konsekwentnie na przestrzeni powieści… która nie ma końca. Biorąc do ręki Pustkę: Sny, wiedziałem, że to pierwsza część planowanej trylogii, ale oczekiwałem jakiegoś rodzaju konkluzji. Hamilton mnoży wątki, ale praktycznie żadnego nie zamyka, a te, które udaje mu się doprowadzić do pewnych konkluzji, zawodzą. Nie ma zwrotów akcji, nie ma wypływających na światło dzienne tajemnic - te, jak przeczuwam, autor pozostawił sobie na ostatni tom – fabuła prze do przodu jak lodowiec (o tym za chwilę), tyle że nigdzie nie dociera. Zrozumiałbym, gdyby to polski wydawca podzielić oryginał na części, ale nie, to sam autor postanowił urwać książkę niejako w połowie.

Biorąc do ręki Pustkę: Sny, wiedziałem, że to pierwsza część planowanej trylogii, ale nie miałem pojęcia, że to kontynuacja innej historii. Dopiero pobieżne poszukiwania w Internecie pozwoliły mi ustalić, że to opowieść rozgrywająca się w świecie Wspólnoty, znanego polskim czytelnikom (ale nie mnie) z książek Gwiazda Pandory i Judasz wyzwolony, wydanych przez Zysk i S-ka. Początkowo było to dla mnie zaletą, „historyczne” tło nadawało światu wiarygodności, ale z czasem odwołania i odniesienia stawały się coraz częstsze, dłuższe i bardziej natrętne, na kartach książki zaczęły się pojawiać coraz liczniejsze postacie ze wspomnianej dylogii, spychając część oryginalnych bohaterów Pustki: Snów na bocznicę, a ja zacząłem tracić zainteresowanie. Czułem się troszkę oszukany, gdybym znalazł na okładce wzmiankę o przynależności książki do jakiejś serii, to albo sięgnąłbym po pierwszą pozycję z listy, albo nie sięgnąłbym po żadną.

Pustka: Sny lśni najjaśniej, kiedy zagłębia się w niuanse skonstruowanego przez Hamiltona uniwersum. Wizja przyszłości jest bardzo sugestywna, kolejne technologie i wynalazki intrygują, obraz społeczeństwa (z drobnym wyjątkiem, patrz poniżej) przekonuje. Nie przeszkadzają długie diatryby i dygresje, bo twory wyobraźni autora są tak fascynujące. Szkoda, że i tutaj serwuje się nam łyżkę dziegciu. Terminologia jest zbyt rozbudowana. Brak słowniczka wprawiał mnie przez pierwsze sto stron w stany głębokiej konsternacji i utrudniał lekturę. Później przekonałem sam siebie, że to z pewnością terminy wyjaśnione w poprzednich częściach z cyklu, ale nie: Hamiltonowi zdarza się mimochodem tłumaczyć pewne fundamentalne dla konstrukcji świata rzeczy dwieście, trzysta, czterysta stron od momentu ich pojawienia się.

Na korzyść Pustki: Snów nie przemawia również tempo akcji. Powyżej porównałem fabułę do lodowca i było to porównanie jak najbardziej celowe. Przy dziele Hamiltona Fundacja Asimova to wciągający thriller. Narracja przeskakuje od postaci do postaci, zazwyczaj, kiedy sprawy nabierają rozpędu, zmieniamy punkt widzenia. Nie widzę w tym nic złego, nauczyłem się już tego oczekiwać od hard SF, tylko że… tylko że w tym wypadku te dłużyzny są nieuzasadnione. Mniej więcej jedna trzecia książki została poświęcona na wątek oderwany od wszystkich innych (to w zasadzie opowieść fantasy o dorastaniu), wątek, który praktycznie nie łączy się z główną osią fabularną. Być może ten ostatni zarzut jest niesprawiedliwy i czysto subiektywny – nie lubię, kiedy w jednej książce prowadzone są dwie niezwiązane ze sobą historie i nie przekonuje mnie wyjaśnienie, że ich połączenia doczekam się w następnym tomie.

I wreszcie ostatni winowajca: seks. Sygnalizowałem już moje rozterki z lektury we wcześniejszym poście i niestety wątpliwości, co do twórczości pisarzy SF, nie zostały rozwiane. Seks w Pustce: Snach wydaje się wymuszony. Pretensjonalny i nie na miejscu. Nic nie wnosi, jest zaprezentowany płytko i powierzchownie, bez społecznego kontekstu, ma szokować lub bawić, nie wiem. Zamiast socjologicznej analizy, której się spodziewałem, dostałem poradnik jak technologia może usprawnić lub udziwnić ludzką seksualność. Cały jeden wątek Pustki: Snów czyta się jak kiepską wersję Seksu w Wielkim Mieście. Gdyby na tym kończył się mój problem z obrazem seksualności w książce Hamiltona, skwitowałbym to uśmieszkiem i słowami de gustibus…, ale niestety, znalazłem tutaj coś bardziej niepokojącego.

W moim odczuciu Pustka: Sny jest seksistowska. W dalekiej przyszłości, kiedy ludzkość nauczyła się porzucać ciało i wstępować do wszechwładnej sieci, kiedy śmierć jest tylko niewygodą, a Galaktyka została zbadana od krawędzi do krawędzi, kobiety (koniecznie nieziemsko piękne) wciąż są postrzegane przede wszystkim jako nagrody. Z dwóch głównych bohaterek, jedna przez kilkadziesiąt lat wzdycha do mężczyzny, który ją opuścił, nie marząc o niczym innym by tylko przyjął ją z powrotem, a druga idzie do łóżka praktycznie z każdym, a wszystkie jej przelotne romanse są podszyte tendencją do podległości. Z kolei jeden z męskich bohaterów spełnia swe fantazje, tworząc hologramy kobiet, które są mu – a jakże by inaczej – całkowicie podległe. Nie należę do szczególnie pruderyjnych ludzi, ale wszystkie sceny Pustki: Snów kręcące się wokół seksu pozostawiły mnie z poczuciem niesmaku.

I jak, znacie już mój werdykt? Myślicie, że udałoby mi się zachować mój stosunek do Pustki: Snów w tajemnicy aż do tej chwili? To może Was zdziwię: ostatecznie książka Hamiltona wcale nie jest tak zła, jak mogłoby to wynikać z powyższego tekstu. Jest porządnie napisana (chociaż średnio przetłumaczona) i skierowana ku konkretnemu odbiorcy – ja nim nie jestem. Jeśli jesteś fanem cyklu zapoczątkowanego przez Gwiazdę Pandory, jeśli bardziej zależy ci na wizji świata, niż na fabule, jeśli nastawiasz się na czytanie trylogii, a nie pojedynczej książki, Pustka: Sny jest dla ciebie. Na kartach swojej książki, Hamilton zawarł masę ciekawych pomysłów i rozwiązań. Jego sceny akcji (kiedy już się pojawiają) są intensywne i nakreślone z rozmachem. Humor jest inteligentny i odpowiednio dawkowany. Tylko ten seks…

czwartek, 16 września 2010

Śmiertelny bóg nadszedł

Dziś premiera Śmiertelnego boga. Wreszcie się doczekałem. Przyjmuję ją z mieszaniną ulgi i obawy. Teraz najtrudniejszy etap: czytelnicy.

Jest 7:23, kończę pakować walizki. Wybieram się na zasłużony urlop, kolejny wpis na blogu dopiero w połowie przyszłego tygodnia (chyba że będę miał tam stabilny dostęp do Internetu). Kierunek: Berlin. Czas się przekonać, czy miasto, które odmalowałem w Śmiertelnym bogu, dorasta do wyobrażeń.

środa, 15 września 2010

Fragment Śmiertelnego boga


No tak, tytuł posta załatwia sprawę. Premiera Śmiertelnego boga już jutro, a tymczasem w sieci pojawił się pierwszy fragment książki (chociażby tutaj). Trudno mi ocenić, jak bardzo reprezentatywny jest to urywek – pewnie powinien być pełen wybuchów i golizny – ale mam nadzieję, że przypadnie Wam do gustu.

PS.
Do tekstu wkradła się literówka (na pewno ją znajdziecie), co jest o tyle kuriozalne, że w moich egzeplarzach książki jej nie ma.

wtorek, 14 września 2010

Jedenaście pazurów

Jak nie napiszę posta przez tydzień, to nic się nie dzieje; jak się wreszcie zabiorę do pracy, pojawia się tysiąc newsów na raz. Tak więc: SuperNowa ujawniła kolejny punkt swojego planu wydawniczego, zbiór opowiadań Jedenaście pazurów (duchowego spadkobiercę starych Trzynastu kotów) i, niespodzianka, niespodzianka, znalazł się w nim i mój tekst. To bardzo przyjemne uczucie, widzieć swoje nazwisko obok takich sław jak Andrzej Sapkowski czy Łukasz Orbitowski.

Jak informuje SuperNowa, zbiór ukaże się jeszcze w tym roku.