poniedziałek, 5 grudnia 2011

Aure. Część 2 i 3

W sieci są już dostępne pozostałe dwie części opowiadania (a może raczej nowelki) Aure - można je przeczytać tutaj i tutaj. Jak zawsze polecam.

Zagłada Atlantydy już tu jest

To niebywałe, ale Zagłada Atlantydy wreszcie się ukazała. Można ją zakupić we "wszystkich dobrych sklepach z grami planszowymi", he.

poniedziałek, 21 listopada 2011

Instrukcja do Zagłady Atlantydy


Instrukcja do Zagłady Atlantydy jest już dostępna w sieci. Zainteresowanych zapraszam tutaj.

piątek, 18 listopada 2011

Zagłada Atlantydy forever!


Niewiarygodne, ale wygląda na to, że Zagłada Atlantydy, pierwsza gra planszowa mojego autorstwa, wyjdzie w przeciągu dwóch tygodni. Wszystkich, którzy są równie zaskoczeni (pozytywnie rzecz jasna), co ja, zapraszam na oficjalną stronę wydawnictwa Galakta.

Ba, uruchomiono już przedsprzedaż - a jeśli chcemy Waszych pieniędzy, to możecie być pewni, że coś jest na rzeczy! Zachęcam do zapoznania się ze stroną gry, a także oczekiwania na elektroniczną wersję instrukcji, która powinna na dniach pojawić się w sieci.

Premiera Testamentu Damoklesa


W środę miała premierę moja nowa powieść, Testament Damoklesa. Biorąc pod uwagę różne ewentualne nieprzewidziane i nieprzychylne wydarzenia, a także czas, w jakim dostawy pokonują drogę z magazynu do księgarni i dalej, na półki, wstrzymałem się z tą informacją do teraz - a teraz zachęcam do kupna i lektury (w dowolnej kolejności).

Trochę informacji o samej książce można znaleźć tutaj, na jej oficjalnej stronie.

W sieci ukazało się też kilka recenzji, które, przyznam, zaskoczyły mnie oszałamiająco pozytywnym odbiorem książki:

Elizjon: "Testament Damoklesa” Marcina Wełnickiego bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Wciąga od początku i do samego końca lektury zaskakuje pomysłowością oraz świeżością. Dzięki precyzyjnemu odzwierciedleniu wszystkich szczegółów, wiem, że jeszcze niejednokrotnie wrócę do tej pozycji. Choćby po to, aby dokładnie posprawdzać wszystkie fakty zawarte w książce, aczkolwiek myślę, że nie znajdę żadnych nieścisłości. Jednego jestem pewien – o Wełnickim jeszcze niejednokrotnie usłyszymy. I wcale się nie zdziwię, jeśli za kilka lat będzie w czołówce najlepszych polskich autorów. „Testament Damoklesa” zdecydowanie jest jedną z lepszych powieści, jakie miałem ostatnimi czasy przyjemność przeczytać."

Kawerna: "Autorowi Testamentu Damoklesa udała się rzecz trudna – zebrał i połączył wiele różnych motywów, schematów i wątków, otrzymując nowe, oryginalne i ciekawe danie. Znajdą w nim coś dla siebie zarówno miłośnicy militariów, fani SF, zwolennicy sensacji, jak i wielbiciele grozy – a zwłaszcza ci z nich, którzy cenią ciekawe pomysły i fabuły, w których głównym bohaterom nie wszystko się udaje. "

Polter: "Marcin Wełnicki wyrasta na jednego z najciekawszych polskich pisarzy fantastycznych. Po debiutanckim Śmiertelnym bogu, w którym śmiało łączył elementy z mitologii Cthulhu ze scenografią drugowojenną, napisał Testament Damoklesa, jego niebezpośrednią kontynuację, tworząc kolejny wybuchowy sztafaż wypełniony intertekstualnymi odwołaniami."

Qfant: "(...)niebanalność tej pozycji urasta do poziomu, który zachwyci najbardziej wymagającego czytelnika, uważającego, że w literaturze widział już wszystko. Jestem pełna podziwu dla wyobraźni i pomysłowości Marcina Wełnickiego, który strona po stronie potrafił wyczarować autentyczne cuda. Dawno już nie czytałam tak barwnej i z takim rozmachem napisanej książki, gdzie nie tyle trudno odgadnąć, co wydarzy się za chwilę, co brakuje czasu, aby nawet o tym pomyśleć. Człowiek ledwo zdąży ze świstem wciągnąć powietrze, a już musi opróżnić płuca, by po raz drugi zaczerpnąć tchu. Fantastyczna lektura, jedna z najlepszych, jakie miałam przyjemność w ostatnich miesiącach czytać. Polecam serdecznie!"

Rpg Sztab: "Po lekturze pierwszych kilkunastu stron oraz streszczenia książki dodałem dwa do dwóch i nastawiłem się na naprawdę ciężkostrawne danie. Tymczasem ku memu zupełnemu zaskoczeniu nawet się nie obejrzałem gdy ujrzałem stronę końcową epilogu – kuchmistrz z Pana Wełnickiego nie lada!"

Do księgarni marsz!

Aure. Część 1

... na Hataku można też przeczytać fragment mojego dłuższego opowiadania science fiction, Aure (pozostałe części ukażą się niebawem). Jeśli ktoś pamięta, Aure przeszło do drugiego etapu konkursu na opowiadanie hard sf wydawnictwa Powergrapth/Nowej Fantastyki w... zdaje się 2009 albo na początku 2010 roku. Konkurs im się trochę rozjechał, a opowiadanie nie może się wiecznie marnować, więc zapraszam do lektury.

Dzieci Frankensteina


Zapraszam do zapoznania się z kolejnym felietonem mojego autorstwa, zamieszczonym na serwisie Kawerna. Tym razem powracam do tematu książek - i to nie byle jakich, bo ubóstwianych lub potępianych (w Polsce raczej to drugie) mashupów. Jak zawsze polecam.

poniedziałek, 7 listopada 2011

Recenzja. Arkham City

Mimo że na blogu mało się dzieje, to w rzeczywistości piszę więcej niż zazwyczaj - recenzji, felietonów, opowiadań, no, i męczę kolejną książkę... W każdym razie zapraszam was do recenzji gry Arkham City, opublikowanej na serwisie Hatak.pl

Co z tą interaktywnością?

Na Polygamii ukazał się kolejny felieton mojego autorstwa. Tym razem biorę na tapetę niepokojący trend "filmowości" gier. Polecam!

Kodesh Hakodashim

W związku ze zbliżającą się premierą „Testamentu Damoklesa”, postanowiłem zamknąć cykl opowiadań rozpoczęty „Świętym z Issyk-kul” (SFFiH 54) i kontynuowany w „Świętym Głupcu” (SFFiH 62). Ostatnią częścią tej mini trylogii, świętego tryptyku, jest „Kodesh Hakodashim” (z hebrajskiego „Święte Świętych”). Fabułę opowiadania można potraktować jako preludium do „Testamentu…”.

Chciałem, żeby tę historię mogło poznać jak najwięcej osób, dlatego zdecydowałem się opublikować je w Internecie (za darmo!) – już teraz zapraszam do magazynu Qfant.

piątek, 21 października 2011

Recenzja. Dark Souls


Przyznam się Wam szczerze, że ostatnio czuję się trochę wypalony - czytelniczo. Dużo piszę, część z tego możecie już znaleźć tu czy tam, część ukaże się niedługo, ale na większość będzie trzeba niestety poczekać do przyszłego roku. W każdym razie, po iluś tam godzinach pisania, kiedy spoglądam na stos książek, nie pałam do niego takim entuzjazmem, jak zazwyczaj.

Muszę trochę odpocząć i odreagować. Relaks zapewniają mi długie spacery z psem, a napięcie wyładowuję, grając na konsoli. Jako człowiek w zasadzie rozsądny nie widzę powodu, aby moje ślęczenie przed telewizorem miało być zupełnie bezproduktywne - i wobec tego, w wolnych chwilach, będę pisał recenzje gier, przez które zarwałem noce (popełniłem już wcześniej kilka mniejszych recenzji dla Polygamii).

Na początek zapraszam do zapoznania się z tekstem o Dark Souls, grze, która moim zdaniem szybko stanie się kultowym hitem.

Po co nam bohater?

Na Polterze ukazała się dyskusja, jaką przeprowadziłem z Bartłomiejem Łopatką na temat istoty i celu istnienia literackich bohaterów. Trochę filozoficznie, trochę prześmiewczo, trochę o realiach pisania od drugiej strony. Zachęcam do przeczytania i wzięcia udziału w dyskusji.

Testament Damoklesa


Premiera mojej nowej książki tuż za rogiem. W sieci można już podziwiać okładkę (autorstwa Chrica McGratha), a od kilku dni również zapoznać się z fragmentem tekstu, choćby tutaj.

Nie jestem PR-owcem, więc powiem tylko tyle, że z Testamentu Damoklesa jestem bardzo dumny, moim zdaniem przebija poprzednią powieść pod każdym względem. Mam nadzieję, że i Wam przypadnie do gustu.

piątek, 14 października 2011

Copernicon

Może to warte wpisu, a może nie, ale… w ten weekend (tj. zaczynając od dzisiaj) będę gościem Coperniconu w Toruniu, więc jeśli ktoś ma potrzebę poznania mnie na żywo i będzie w okolicy – zapraszam. Dziś wieczorem prowadzę prelekcję o historii alternatywnej, w niedziele biorę udział w debacie o serialu Battlestar Galactica.

czwartek, 29 września 2011

Zagłada Atlantydy, bam, bam!


Zagłada Atlantydy powstała w 2007 roku i miała się ukazać z końcem 2008. Produkcję dotknęły niemal wszystkie możliwe nieszczęścia (w tym przynajmniej jedna egipska plaga). Mamy początek jesieni 2011 r. i gry na półkach jak nie było, tak nie ma... jeszcze. Potwierdzam, że pojawiły się pierwsze "advanced copies", premiera jest bliska i nieunikniona (trzymajcie kciuki!).

Slavika, bam!


Ostatnio więcej tu wieści, niż treści, ale nic na to nie poradzę. Przyznam bez bicia, że przez 2-3 tygodnie przeczytałem może 40 stron - różnych książek - liczę na odmianę losu z początkiem października... Natenczas mam jednak tylko kolejne informacje - jeszcze w tym roku ukaże się karciana gra mojego autorstwa, Slavika. Drużyny śmiałków, potwory, tajemnicze krainy, dużo przeszkadzania sobie nawzajem - te sprawy.

Autorek ilustracji jest Jarek Nocoń, a gra ukaże się nakładek wydawnictwa Rebel.

środa, 21 września 2011

Świat żywych trupów...



Krótki heads-up. W najnowszym (czyt. wrześniowym) numerze magazynu Play możecie przeczytać mój artykuł o zombich. Trochę historii, trochę ciekawostek, tekst długi i myślę, że warty przeczytania. Jak zawsze – polecam.

czwartek, 15 września 2011

Wywiad

Jeszcze żyję, czego dowodem może być wywiad, jakiego udzieliłem serwisowi Poltergeist. Innych dowodów pulsu (np. recenzji Córki Imperium albo kolejnego Wielkiego Czytania) można się spodziewać, powiedzmy, na dniach, jeśli szczęście dopisze, już w ten weekend.

czwartek, 28 lipca 2011

Wielkie czytanie Malazańskiej Księgi Poległych, część 21


[Poniżej znajdują się spoilery do książek z cyklu Malazańskiej Księgi Poległych]

Wielkie czytanie Malazańskiej Księgi Poległych trwa. Przypominam: w tym cyklu przywołuję treść poszczególnych rozdziałów sagi, wdając się czasem w analizę lub interesujące dygresje. Oczywiście, moje posty są tylko cieniem rzucanym przez właściwy re-read, odbywający się na stronie wydawnictwa Tor. Osoby chcące pogłębić znajomość Malazańskiej Księgi Poległych kieruję tutaj. Dziś kontynuujemy omawianie Bram Domu Umarłych.

Rozdział drugi otwiera scena przechadzki Duikera. Historyk włóczy się po ulicach Hissaru; na ścianach mijanych domów zauważa znaki nawołujące do buntu, buntu, na który malazańskie dowództwo nie jest przygotowane. Zakrada się do kupieckiego namiotu i tam podsłuchuje przepowiednię o Dryjhnie, władczyni Apokalipsy. Po powrocie do imperialnej twierdzy Duiker trafia na spotkanie Coltaine’a, Bulta, Kulpa i Mallicka Rela. Otrzymujemy urywek historii: opis pierwszego spotkania Bulta i Duikera (walczyli po przeciwnych stronach; pierwszy omal nie zabił drugiego; potem Dujek zranił Bulta, a koń wickanina odwdzięczył mu się zmiażdżeniem ręki). Zebrani czekają na czarnoksiężnika Coltaine’a, Sormo E’natha. To wzbudza powszechne niedowierzanie, bo Laseen bardzo dokładnie wytępiła wszystkich wickańskich magów… okazuje się jednak, że dokonała się swoista reinkarnacja – kruki przyniosły dusze czarowników, aby mogli się odrodzić.

Sormo okazuje się dziesięcioletnim chłopcem (Duiker przypomina sobie, że Rhivijczycy posiadają podobne wierzenia na temat reinkarnacji, co wic kanie; przekonamy się o tym już we Wspomnieniu Lodu). Czarnoksiężnik potwierdza słowa Duikera - zbliża się rebelia – ale Mallick Rel bagatelizuje całą sprawę. Kapłan przekazuje Coltaine’owi rozkaz przemarszu wojsk do Arenu (rozkazy pochodzą od samego wielkiej pięści Pormquala), ale wódz wickan go odrzuca, słusznie obawiając się pozostawić wschodnie wybrzeże niebronionym. Niezadowolony i urażony Mallick Rel oddala się, aby przekazać Pormqualowi „zalecenia” Coltaine’a. Duiker wyjaśnia, że prawdziwą malazańską władzę w Siedmiu Miastach sprawuje właśnie Mallick, co doprowadza do dyskusji na temat poczynań Laseen. Bult sugeruje, że jej zdrada Kellanveda i Tancerza była podyktowana dobrem imperium (byli dobrymi zdobywcami, ale kiepskimi władcami). Na koniec spotkania dowiadujemy się, że historyk dołączy do sztabu Coltaine’a. Podczas prywatnej rozmowy Dukier prosi Kulpa, aby zorganizował ucieczkę Heborica z kopalni otataralu.

Akcja przenosi się do Ehrlitanu. Śledzimy Skrzypka (przebranego za Grala), który jest świadkiem krwawego ataku Czerwonych Mieczy na wyznawców Dryjhny (ci pierwsi to fanatyczna grupa militarna tutejszych, oddanych Cesarzowej Laseen). Skrzypek ratuje dwójkę dzieci, które okazują się wnuczętami Kimloca, największego chodzącego z duchami Tanno (bardzo to wygodne fabularnie, nie powiem…). Kimloc ostrzega Skrzypka, że pustynny szlak, którym chcą dotrzeć do Arenu (aby tam wsiąść na statek do imperialnej stolicy) przecina się ze Ścieżką Dłoni, a to może się okazać śmiertelnie niebezpieczne. Ścieżka Dłoni prowadzi bowiem do groty/bramy, która pozwoli (być może) jednemu z d’iversów albo jednopochwyconych dokonać ascendencji i zostać panem swojej „rasy”. Kimloc zna też historię Podpalaczy Mostów (zahartowani w słońcu Raraku, podążali za grupą falah’dańskich magów). Chciałby dotknąć Skrzypka, aby go pobłogosławić, a potem również ułożyć pieśń, która (znów być może) zapewniłaby Podpalaczom Mostów własną drogę ku ascendencji, ale żołnierz odmawia. Niepocieszony Kimloc wręcza Skrzypkowi muszlę, w której zaklęto pieśni mocy (mimo wszystko poklepując go na odchodnym). W drodze do wyjścia Skrzypek rozmawia chwilę z kapitanem Turqiem – dowiadujemy się co nieco o kapitulacji Karakarangu (Kimloc poddał miasto Dujekowi, chociaż podobno mógł zniszczyć imperialną armię) i o rzezi w Arenie.

Powyższy fragment ocieka informacjami, zwłaszcza, jeśli czytało się już pozostałe książki z serii. Mamy wspomnienie o oblężeniu Li Heng i walce cesarza z Treachem i Ryllandarasem (Powrót Karmazynowej Gwardii), sugestię, że Raraku była kiedyś morzem (Dom Łańcuchów), no i do tej pory niewyjaśnioną kwestię areńskiej rzezi („T’lan Imassom Logrosa nie wydano rozkazu ataku”).

Skrzypek wraca do Kalama i opowiada mu o Ścieżce Dłoni – Kalam już o niej wie, odczytał pokrywające ściany symbole. Skrzypek nie wyjawia zabójcy, że spotkał się z Kimlokiem, bo wie, że tamten zabiłby chodzącego z duchami i jego rodzinę.

Kalam udaje się do starego miasta, gdzie spotyka się z Mebrą. Zabójca wymusza na informatorze podanie haseł i znaków, które zapewnią mu bezpieczną podróż przez pustynię. Mebra, niby przez przypadek, wyjawia, że posiada Księgę Dryjhny, która musi zostać dostarczona do jasnowidzącej (przywódczyni kultu Apokalipsy). Kalam z chęcią ją zaniesie, to będzie jego karta przetargowa, gdyby na szlaku coś poszło nie tak. Kiedy zabójca się oddala, okazuje się, że wszystko ukartowały Czerwone Miecze – chcą podążyć za księgą do samej jasnowidzącej. Mebra przekonuje komendanta Czerwonych Mieczy, aby wzięli Kalama żywego (podejrzewa, że Podpalacz Mostów zmierza do Malazu zabić Cesarzową).

Tymczasem na granicy Świętej Pustyni i Pan’potsun Odhan Icarium i Mappo pokonali d’iversa-lamparta. Icarium ledwo co nie uległ gniewowi, a Mappo jest ranny. Zatrzymali się u podnóża klifu, na którym wzniesiono jakąś wieżę, ale w pobliżu nie widać żadnej drogi wiodącej do środka. Pojawia się inny zmiennokształtny, tym razem jednopochwycony niedźwiedź, Messremb. Wita się uprzejmie, rozmawia chwilę z Mappem (którego zna), a zaspokoiwszy swoją ciekawość, rusza w dalszą drogę. Icarium zauważa, że „tli się w nim szaleństwo”. Spotkaniom nie ma końca: jak tylko znika jednopochwycony, przybywa Iskaral Krost, kapłan Cienia, na mule. Iskaral posyła muła do jaskini, z której po chwili wyłania się Sługa (Icarium i Mappo czują tu działanie grot). Wreszcie z okna wieży zostaje zrzucona lina – to robota bhok’arala (skrzydlatej małpy) – Isklaral Krost nie ma akolitów, towarzyszą mu tylko te niewdzięczne zwierzęta. Okazuje się, że Icarium zapomniał o stoczonej z d’iversem walce; kiedy pyta o skrwawione ostrze swojej broni, Mappo kłamie, mówiąc, że to on sam zmierzył się z samotnym lampartem (używając broni Icariuma).

I znów zaserwowano nam mnóstwo smaczków: od przeszłości Kalama, po Iskarala Krosta, który maluje po ścianach kanionów czerwone dłonie (aby zmylić zmiennokształtnych), od wspomnienia o Królowej Snów po tożsamość Sługi Krosta. Generalnie rozdziały Bram Domu Umarłych są znacznie „gęstsze” w informacje od Ogrodów Księżyca, dlatego zalecam uważną lekturę, w przeciwnym razie można się zgubić (podczas pierwszego czytania zdarzyło mi się to przy fragmencie o podróży statkiem poprzez groty).

W rozdziale trzecim przenosimy się z początku na Otataralową Wyspę. Felisin handluje swoim ciałem, aby zapewnić sobie i towarzyszom różne względy – tym razem dzień wolny dla Heborica, który jest w kopalniach strasznie męczony. Wygląda na to, że kapitan Sawark otrzymał rozkazy zadręczenia starego historyka. Myśli Felisin o własnym moralnym upadku (z którym radzi sobie nadzwyczaj dobrze) przeplatają się ze wspomnieniem teorii Heborica odnośnie otataralu – jak znajdowano go tylko w skale wapiennej, a nigdy w skale macierzystej, że jego pokłady przypominają warstwy stopionego tłuszczu, być może istot żywych, i że tym, co je stopiła, była magia.

Po drodze do obozu Beneth (mężczyzna, z którym właśnie przespała się Felisin) i Felisin spotykają młodego strażnika, Pellę. Pella martwi się, że na wyspie jest strasznie dużo Malazańczyków i niedługo może dojść do buntu. Strażnik cytuje nawet pracę Duikera o Kellanvedzie, wyraźnie próbuje dziewczynie coś powiedzieć, ale ta zdaje się tego nie zauważać. Dalej mijają jezioro Topiel. Heboric prosił Felisin, żeby sprawdzała jego poziom, bowiem zaczęła się pora sucha. Tak jest w istocie, ale mimo to dziewczyna pozostaje sceptyczna – każdy, kto próbował tędy uciec albo zginął, albo został złapany i stracony. Wreszcie poznajemy odrobinę motywacji dziewczyny – jedyne, co ją napędza, to żądza zemsty na swojej siostrze, Tavore.

We wspólnym namiocie Felisin kłóci się z Heborikiem – historykowi nie podoba się, że dziewczyna handluje ciałem (ma też z tego powodu wyrzuty sumienia), a jej z kolei przeszkadza, że starzec i Baudin nie wtajemniczają jej w swoje plany (a wyraźnie coś knują). Historyka martwi również, że dziewczyna powoli uzależnia się od durhangu (narkotyk) i wina.

W Hissarze Duiker obserwuje odpływającą flotę admirała Noka (wraz z nim odpływa Mallick Rel). Pojawia się Kulp. Czarodziej melduje, że pomoc w ucieczce Heborica została zorganizowana. Obaj mężczyźni przyglądają się nadpływającemu transportowi Czerwonych Mieczy, które przesłano tu, aby – jeśli przyjdzie co do czego - spacyfikowały ludność. Przez chwilę zapowiada się, że dojdzie do masakry, bo Czerwone Miecze są aż nazbyt gorliwe, ale drogę fanatykom zastępuje kilku wickan i Kulp. Po napiętej wymianie zdań sytuacja ulega rozładowaniu, zwłaszcza, że pojawiają się hissarscy gwardziści i wickańscy łucznicy. Kult tłumaczy Duikerowi, że Coltaine zmienił dryle szkoleniowe – Siódma armia ćwiczy teraz walkę w mieście i ochronę cywilów. Najwyraźniej zbliża się najgorsze.

W następnej scenie widzimy taką musztrę z bliska. Coltaine uznaje, że żołnierze zasłużyli na szacunek lansjerów. Kiedy Duiker i Bult zostają sami, historyk sugeruje, aby Siódma Armia dostała dzień wolnego. Wickanin podchodzi do propozycji sceptycznie, ale wreszcie się zgadza (Coltaine będzie potrzebować wypoczętych żołnierzy).

Skrzypek i Kalam kłócą się o dalszy tok postępowania – a raczej o Księgę Dryjhny. Według Skrzypka Imperium to nie to samo, co Cesarzowa, i wspieranie rebelii wcale nie jest najlepszym pomysłem. Wreszcie postanawiają się rozdzielić. Kalam uda się z księgą, a reszta podąży do Unty „inną drogą”. Crokus domyśla się, że obaj żołnierze traktują Apsalar jak asa w rękawie (w końcu zachowała umiejętności Tancerza), ale on nie pozwoli jej wykorzystać.

Skrzypek, Crokus i Aspalar, udając, odpowiednio, gralskiego strażnika i parę nowożeńców, opuszczają miasto. Zostają zatrzymani przez Czerwone Miecze, które kogoś poszukują. Crokus boi się, że ktoś zdradził Kalama. Gdy trójka wreszcie oddali się od miejskich murów, okazuje się, że Moby (bhok’aral Crokusa) zniknął. Crokus rozpamiętuje swojego wujka, Mammota (Ogrody Księżyca), zastanawiając się nad jego niemocą (czuję, że na zakończenie tego wątku przyjdzie nam poczekać do darudżystańskiej książki Esslemonta).

W międzyczasie w świątyni Cienia Icarium i Mappo dochodzą do siebie. Rany Trella się goją, ale miną dwa miesiące, zanim groźba likantropii rozsiewanej przez zmiennokształtnych zostanie zażegnana (jeśli mnie pamięć nie myli, to jedyna wzmianka o „zaraźliwości” w całej Księdze Poległych; czy któryś z Was, czytelników, pamięta tę kwestię?). Powoli objawia się obsesja Iskarala Krosta na punkcie pająków (Skąd się wzięła? Dowiemy się za kilka tomów). Czując się lepiej, Mappo dołącza do Icariuma w bibliotece Iskarala. Jhag jest zafascynowany znajdującymi się tu książkami, które stanowią ślady po wysoce rozwiniętej cywilizacji. Mappo rozpoznaje pismo kultu Bezimiennych (posiłkując się wiedzą z następnych tomów strzelam, że to po prostu pismo Pierwszego Imperium Dessimbelackisa). Czując, że musi coś zrobić, próbuje rozproszyć uwagę Icariuma dyskusją o upadku i dekadencji, przywołując za przykład „Szaleństwo Gothosa”. Icarium wierzy, że księgi potwierdzają jego teorię: ruiny na Raraku to pozostałości po wielkiej cywilizacji, być może pierwszej ludzkiej. To z jakiegoś powodu niepokoi Mappa, ale Icarium zapewnia, że po prostu musi robić coś dla zabicia czasu. Kiedy jednak Mappo proponuje, aby opuścili świątynię Iskarala Krosta (nie ufa mu), Icarium odmawia. Według niego w tym miejscu może odnaleźć odpowiedzi na nurtujące go pytania. Słysząc to, Mappo cofa się pamięcią do dnia, w którym spotkał Bezimiennych.

piątek, 15 lipca 2011

Malazańska Księga Poległych i gry fabularne


Jak to właściwie jest z tą oryginalnością Malazańskiej Księgi Poległych? Dzięki uprzejmości Adama Whiteheada z bloga The Wertzone mam Wam dziś do zaprezentowania odrobinę kontrowersyjny artykuł poruszający właśnie tę kwestię. Do lektury zapraszam na serwis Poltergeist.

środa, 13 lipca 2011

Recenzja gry. Outland


Na stronie Polygamii pojawiła się kolejna recenzja gry mojego autorstwa – tym razem padło na stylizowaną platformówkę w starym stylu, Outland. Zapraszam do przeczytania recenzji.

wtorek, 12 lipca 2011

Testament Damoklesa: Wełnicki kontratakuje


Wreszcie, po przerażająco długim okresie ciszy, mogę (z ledwo skrywaną dumą) oficjalnie ogłosić jesienną premierę mojej nowej książki, Testamentu Damoklesa. Z krótką notką o treści książki możecie się zapoznać na stronie Agencji Wydawniczej Runa. Od siebie dodam tylko, że czytelnicy świata znanego ze Śmiertelnego boga oraz publikowanych tu i ówdzie opowiadań nie będą zawiedzeni.

Testament Damoklesa to owoc ponad rocznej pracy – pisania i zbierania materiałów. Powoli dojrzewam jako pisarz (jeszcze długa droga przede mną) i mam wrażenie, że ta powieść, znacznie lepiej niż opublikowane w ostatnich miesiącach opowiadania, oddaje tę ewolucję. Mam nadzieję, że kiedy wreszcie książka trafi na półki, jej lektura przyniesie Wam tyle samo satysfakcji, co mi jej napisanie.

PS.
Gwoli ścisłości, to nie jest okładka.

niedziela, 3 lipca 2011

Wielkie czytanie Malazańskiej Księgi Poległych, część 20


[Poniżej znajdują się spoilery do książek z cyklu Malazańskiej Księgi Poległych]

Wielkie czytanie Malazańskiej Księgi Poległych trwa. Przypominam: w tym cyklu przywołuję treść poszczególnych rozdziałów sagi, wdając się czasem w analizę lub interesujące dygresje. Oczywiście, moje posty są tylko cieniem rzucanym przez właściwy re-read, odbywający się na stronie wydawnictwa Tor. Osoby chcące pogłębić znajomość Malazańskiej Księgi Poległych kieruję tutaj. Dziś rozpoczynam omawianie Bram Domu Umarłych.

W przeciwieństwie do większości prologów z sagi, wprowadzenie do Bram Domu Umarłych nie przenosi nas tysiące albo i setki tysięcy lat w przeszłość, na zapomniane kontynenty, przeciwnie, umiejscawia akcję w jakiś czas po wydarzeniach z Ogrodów Księżyca, w stolicy Imperium Malazańskiego, Uncie. Cesarzowa Laseen przeprowadziła kolejną czystkę wśród możnych. Kapłan Kaptura – jak nakazuje zwyczaj, cały pokryty muchami - inauguruje święto swojego patrona, Godzinę Pragnienia. W łańcuchach znajdujemy Felisin Paran (siostrę kapitana Ganoesa Parana, znanego czytelnikom z Ogrodów Księżyca; w rzeczy samej to zdrada Ganoesa jest przyczyną, dla której Felisin została pojmana i odarta ze wszelkich szlacheckich przywilejów), były kapłana Fenera, kaleki Heboric, i małomówny zbir, Baudin.

Kapłan Kaptura zbliża się do więźniów, a kiedy Heboric się do niego odzywa, oznajmia, że ma mu do wyjawienia tajemnicę. Muchy, które obsiadły jego ciało zrywają się do lotu, i okazuje się, że pod spodem nie było żadnego kapłana.

Pojawia się nowa przyboczna Cesarzowej, Tavore (druga z sióstr Paran; najwyraźniej los Feilisin nic dla niej nie znaczy), w towarzystwie tajemniczej kobiety, T’jantar. Tavore, aby okazać swoją lojalność względem Laseen, musiała wybrać pomiędzy matką a Felisin. Wybrała matkę, ale ta i tak zmarła niedługo po ich ojcu.

Więźniowie są kierowani w stronę portu, gdzie zostaną załadowani na statki, ale strażnicy dają przyzwolenie motłochowi, aby dał upust gorejącej w nim złości. Felisin udaje się przeżyć tylko dzięki osłaniającemu ją Heboricowi i Baudinowi, zabijającemu lub okaleczającemu każdego zbliżającego się napastnika. Na sam koniec Baudin własnoręcznie urywa głowę jednej ze zniewolonych szlachcianek i rzuca ją w osłupiają tłuszczę, kupując całej trójce czas potrzebny na dostanie się na statek.

Pierwszy rozdział przenosi nas rok do przodu, na inny kontynent (a raczej subkontynent), Siedem Miast. Para niecodziennych towarzyszy, Icarium, pół-jaghut (w Ogrodach Księżyca Anomander Rake wspominał o nim podczas rozmowy z Barukiem; Icarium miał być konstruktorem tysiącletnich mechanizmów zegarowych wciąż stojących w Darudżystanie), i Mappo, Trell, obserwuje demonicznego zwiadowcę Tronu Cienia, aptoriankę, teraz znajdującą się pod kontrolą sha’ik (świętej przywódczyni buntu). Uff. Dużo informacji jak na jedno zdanie. Bohaterowie podejrzewają, że Tron Cienia wysłał demona na przeszpiegi w okolice obozu sha’ik, oczekując zbliżającej się konwergencji.

Icarium i Mappo to jedna ze słynnych eriksonowskich grup bohaterów, które podróżują przez pustkowia bez wyraźnego celu przez wiele książek (wiem, wiem, Icarium pragnie odzyskać utracone wspomnienia). Mimo wszystkich perturbacji, ich wątek wydaje mi się nazbyt statyczny i chociaż obfituje w ciekawe informacje, nie należy do moich ulubionych.

Podczas swojej wędrówki przez pustynię, para natrafia na ślady d’iversa (osoby potrafiącej zmienić się w chmarę jakichś zwierzęcych istot) Gryllena (przybierającego postać stada szczurów), podążającego „tropem” konwergencji (tropem wspomnianej w poprzedzającym rozdział wierszu Ścieżki Dłoni). Okazuje się, że w tym samym kierunku zmierza wielu d’iversów i jednopochwyconych, wszyscy pragnący dostąpić ascendenci. Icarium ma nadzieję, że ta konwergencja pomoże mu poznać swoją przeszłość.

Z pustyni wyłania się wilk-d’ivers, Ryllandaras (brat Treacha, więcej o nim znajdziecie w Powrocie Karmazynowej Gwardii). Początkowo planuje zapolować na Icariuma i Mappo, ale kiedy ich rozpoznaje, potulnienie i oddala się, zapolować na aptoriankę. To jeden ze świetnych sposobów sugerowania potęgi poszczególnych postaci (zwracałem już na to uwagę w Ogrodach Księżyca, przy okazji demona Perły).

W drugiej części rozdziału poznajemy resztę głównych bohaterów Bram Domu Umarłych – imperialnego historyka Duikera, grubego kapłana Maela (pradawnego boga mórz), Mallicka Rela, wielką pięść Pormquala i wickańskich jeźdźców pod wodzą Coltaine’a. Ten ostatni zbuntował się kiedyś przeciwko Kellanvedowi, ale Cesarzowi udało się go jakoś zjednać. Gdyby nie groźba wiszącego nad Siedmioma Miastami powstania, Cesarzowa z pewnością by go tu nie ściągnęła.

Duiker i Mallick Rel rozprawiają o tradycji wysyłania uwięzionych magów do kopalni na wyspie otataralu (gdzie, od nadmiaru antymagicznego proszku, szaleją). Pojawia się ostatni żywy mag z kadry Siódmej Armii, Kulp. Przez chwilę wydaje się, że pomiędzy hissarskimi strażnikami a wickańskimi jeźdźcami dojdzie do utarczki, ale Coltaine rozładowuje sytuację.

Wreszcie, na Morzu Kansu, spotykamy starych znajomych: Kalama, Skrzypka, Crokusa i Apsalar. Ich łódź atakuje jednopochwycony dhenrabi (niechybnie zmierzający po Ścieżce Dłoni), ale, jak to ujął Skrzypek „wybrał sobie niewłaściwych rybaków” – istota ginie od jednego z wybuchowych pocisków Moranthów. W tej scenie dowiadujemy się jeszcze dwóch ważnych rzeczy: poznajemy pierwszą wersję historii Podpalaczy Mostów (oddział Skrzypka, prowadzony przez Kalama, ścigał Szybkiego Bena; Kalam i Szybki Ben byli w zmowie i chcieli ich wykiwać, ale Sójeczka się wszystkiego domyślił; bardzo to „finta w fincie”) i cel obecnej podróży Kalama – były Podpalacz Mostów zamierza zabić Cesarzową Laseen.

piątek, 1 lipca 2011

Recenzja. Wielki Bazar Kolejowy


Paul Theroux to bardzo barwna postać, pisarz i publicysta, który zwiedził pół świata; mieszkał w Ugandzie i Singapurze, gdzie pracował jako nauczyciel; na podstawie jego powieści powstało kilka filmów (w tym Wybrzeże Moskitów, w reżyserii Petera Weira, z Harrisonem Fordem w roli głównej), w swoim czasie znalazł się w centrum paru głośnych kontrowersji. Mnie osobiście najbardziej zdziwiło, że tak długo zajęło mi dotarcie do jego prozy podróżniczej… ale ten błąd został już naprawiony.

Wielki Bazar Kolejowy to bodaj najsłynniejsza powieść podróżnicza Theroux (nie ważę się jej nazwać reportażem, o czym za chwilę). Na trochę ponad czterystu stronach znajdziemy relację z czteromiesięcznej podróży autora kolejami Azji (w śledzeniu trasy nieocenioną pomocą służy załączona na początku mapka), zamkniętą elegancką klamrą kompozycyjną.

Pierwsze pytanie, jakie można zadać osobie, polecającej tę książkę (a ja polecam ją szczególnie gorąco), to: czym się ona różni od tuzinów innych, podobnych pozycji stojących na półkach księgarni? I dalej: co jest w niej wyjątkowego? Czemu warto ją przeczytać?

Na myśl przychodzi skala wyprawy. Oto w jednej książce otrzymujemy wgląd w codzienne życie niemal połowy świata – i to tej połowy, o której znowuż tyle się nie mówi. Z Wielkiego Bazaru… można się dowiedzieć naprawdę sporo o ludziach pochodzących z naprawdę pokaźnej liczby krajów. To raz. Dwa: Theroux wykładał literaturę, napisał niejedną powieść i to widać – operuje bardzo żywym, plastycznym językiem, potrafi oddać zarówno piękno, jak i brud, bez patosu. Jako narrator siedzi znacznie bliżej czytelnika, niż typowy podróżnik, a niecodzienna szczerość (być może wykalkulowana, kto wie?) nadaje relacji aurę autentyczności. Snuta w Wielkim Bazarze… opowieść potrafi być klaustrofobiczna, jak wagon tytułowej kolei, ale nigdy nie nudzi.

Trzeba też sobie uświadomić, że Theroux napisał Wielki Bazar… w połowie lat siedemdziesiątych, ponad trzydzieści lat temu, i dziś jego książka nie jest tylko oknem w przestrzeń, ale i czas. Niewiele jest regionów świata, które przeszły tak znaczące transformacje, jak te, przez które wiedzie szlak podróży. Zmieniały się rządy, ustroje, granice i prawa. Reżimy upadały, a inne powstawały z gruzów. Dziś odbycie tej samej wędrówki byłoby prawie niemożliwe (chociaż sam Theroux podjął tę próbę w 2005 roku).

Wreszcie, coś, co zasugerowałem na początku: Wielki Bazar… to powieść, która nie rości sobie prawa do miana reportażu (za co zawsze mam odrobinę żalu do Kapuścińskiego). Theroux nie sili się na obiektywność ani moralizatorstwo, nie jest też grzecznym, miłym podróżnikiem: potrafi być złośliwy i nieczuły, i egocentryczny, i interesowany, spotykane kultury ocenia przez pryzmat siebie; nie stara się filtrować własnych uprzedzeń ani wybielać współpasażerów. Wszystko to składa się na zajmującą powieść, która z całą pewnością nie mogłaby stanowić przewodnika. Nie sądzę, by Theroux koloryzował swoją relację (o czym w ostatnich akapitach sam autor czuje, że musi zapewnić), niemniej jednak nie jest on do końca wiarygodnym narratorem. Co więcej, wcale nie stara się wnikliwie poznać spotykanych ludów, słusznie, bo w tak krótkim czasie, jakby mógł? Zamiast tego przedstawia nam własne teorie i domysły, nie zawsze poprawne politycznie – i być może to jest największą zaletą Wielkiego Bazaru….

Wielki Bazar Kolejowy wywarł na mnie duże wrażenie, a to ostatnio zdarza się bardzo rzadko. Theroux udało się stworzyć nieuchwytny klimat dawnych podróży. Napisał powieść, która operuje pełną gamą emocji, która nie narzuca nachalnego morału, a jednak wiele ma morałów do zaoferowania.

środa, 29 czerwca 2011

Wracamy do formy

Po napiętych i pracowitych maju i czerwcu przychodzi czas rozluźnienia – w sam raz, żeby troskliwiej zająć się blogiem. W najbliższych tygodniach możecie się spodziewać wzmożonej aktywności, zarówno tu, jak i na stronach „stowarzyszonych”. Recenzje, wielkie czytanie Malazańskiej Księgi Poległych i inne atrakcje. Stay tuned.

czwartek, 16 czerwca 2011

Dzień darmowych gier fabularnych

Adrian „Borejko” Kuc był na tyle uprzejmy, aby zawiadomić mnie o zbliżającym się Dniu Darmowych Gier Fabularnych (18 czerwca), a że uważam rpg za bardzo pozytywne zjawisko – zarówno kreatywnie, jak i społecznie – to nie mógłbym postąpić inaczej, jak tylko Was o tej okazji poinformować.

Oddaję głos samemu Adrianowi:

Pięć lat temu po raz pierwszy odbył się Free RPG Day - inicjatywa North American Roleplaying Industry, inspirowana Free Comic Book Day. Free RPG Day ma na celu promowanie małych i dużych wydawnictw związanych z branżą gier fabularnych poprzez udostępnienie darmowych materiałów np. w postaci elektronicznej (PDF) lub drukowanej.

W tamtym roku udało się zorganizować Dzień Darmowych Gier Fabularnych 2010 w Polsce. Akcja skupiała się w głównej mierze na działaniach w Internecie, zaś jej owocem były setki stron darmowych materiałów dla graczy!

Nie inaczej będzie i tym razem. 18 czerwca 2011 to dzień, w którym udostępnione zostaną darmowe materiały przygotowane przez fanów, wydawnictwa, blogerów i portale.

Tym razem w Bielsku - Białej w sklepie Gnom event przeniesie się z sieci również do realu, gdzie cały dzień będzie poświęcony DDGF.

DDGF to jednak nie tylko uczta dla fanów. To również możliwość doskonałej promocji wydawnictwa, sklepu, firmy, jakiejkolwiek działalności powiązanej z grami fabularnymi. W tamtym roku obok materiałów z wydawnictw pojawiły się darmowe i pełne gry takie jak: Poza Czasem, 3k10 czy Trójca. Były również przygotowane przez fanów: przygody, papierowe elementy terenu, dodatki itp.

A wszystko to dzięki sponsorom, takim jak:

Bullet Books,

Kuźnia Gier,

GRAmel,

Menhir,

Portal

i innym.

Będziemy mieć dla Was mnóstwo fajnych rzeczy. Począwszy od drobnych upominków, jak Jazdy Próbne do Savage Worlds, poprzez plakaty, książki, almanach, settingi i całe pełne gry fabularne ! No i na pewno setki stron w elektronicznym formacie do pobrania !

Już dziś zarezerwujcie sobie sobotę na RPG! I bądźcie czujni!

Więcej informacji na http://www.facebook.com/DDGF2011

Zachęcam do uczestnictwa.

sobota, 28 maja 2011

O malazańskiej raz jeszcze



Dzisiaj coś z zupełnie innej beczki. No, może niezupełnie innej. Na Polterze ukazała się wreszcie moja rozmowa z Mają Białkowską i Tomaszem Liskiem na temat sagi Eriksona i Esslemonta. Dyskutujemy o charakterze serii, inspiracjach autorów i przyszłości Malazu. Zainteresowanych zapraszam tutaj.

sobota, 21 maja 2011

Premiery, premiery

Na blogu znowu mało się dzieje, za to zakulisowa praca wrze, szykuje się kilka recenzji, wielkie czytanie Bram Domu Umarłych, tekst lub dwa o grach wideo. Na posuchę zaproponuję dwa opowiadania, które pojawiają się niemal równocześnie – „Worthington” w najnowszym (czerwcowym) Science Fiction, Fantasy i Horror i „Lato księżycowych ciem” w antologii Runy „Księga wojny”. Jak zawsze polecam.

poniedziałek, 2 maja 2011

Wielkie czytanie Malazańskiej Księgi Poległych, część 19


[Poniżej znajdują się spoilery do książek z cyklu Malazańskiej Księgi Poległych]

Wielkie czytanie Malazańskiej Księgi Poległych trwa. Przypominam: w tym cyklu przywołuję treść poszczególnych rozdziałów sagi, wdając się czasem w analizę lub interesujące dygresje. Oczywiście, moje posty są tylko cieniem rzucanym przez właściwy re-read, odbywający się na stronie wydawnictwa Tor. Osoby chcące pogłębić znajomość Malazańskiej Księgi Poległych kieruję tutaj. Obecnie omawiamy Noc noży Iana Camerona Esslemonta.

Rozdział szósty to w zasadzie początek epilogu. Wstaje nowy dzień, miasto otrząsa się z koszmarnego snu. Kiska budzi się w pokoju Foki. Uzdrowiciel ma dla niej wiadomość od Tayschrenna i Hattara, ale dziewczyna sama zgaduje, o co chodzi – mężczyźni udali się do przystani. Rzeczywiście, imperialny mag zbiera się do opuszczenia wyspy. Kiska prosi, by zabrał ją ze sobą, a ten (ku mojemu zdziwieniu, bo Kiska to naprawdę irytująca smarkula) się zgadza. Dziewczyna odwiedza jeszcze swoją ciotkę, Agaylę, a potem rusza pożegnać się z matką. Agayla nie wyjaśnia, skąd zna Tayschrenna (ani imię „Artan”), czytelnik może tylko zgadywać.

Tymczasem Hart wraca na swój posterunek w Twierdzy Mocka. Po drodze dowiaduje się, że Larkin – chwalipięta z koszar z bodaj drugiego rozdziału – został aresztowany, bo odmówił stawienia się na służbę poprzedniej nocy. Mała puenta, a cieszy. Na miejscu na Harta czeka już porucznik Pościg, ale weteran udaje, że poprzedniego wieczoru zdrowo się spił i nie ma pojęcia o niczym, co się wydarzyło. Porucznik opowiada mu o próbie zabójstwa jednego z imperialnych oficjeli; najwyraźniej nikt nic nie słyszał (garnizon, nocna straż), nikt nic nie wie. Kiedy Pościg wreszcie się oddala, Hart zaczyna rozmyślać o odzyskanej pewności siebie i nowo zdobytym celu (Corinn). Tak dumając, obserwuje wypływający z portu statek (ładna klamra kompozycyjna).

Właściwy epilog składa się z dwóch scen. Pierwsza to rozmowa Chodzącego po Krawędzi z Kellanvedem i Tancerzem (od teraz już Tronem Cienia i Kotylionem). Czytelnik dowie się o pewnych zawiłościach władztwa nad Grotą Cienia – choćby że nie wszystko tutaj podlega woli nowych właścicieli (Chodzący po Krawędzi, ale, jak dowiemy się z następnych tomów sagi, również inne… rzeczy). Kiedy para nowoupieczonych Ascendentów zniknie, Chodzący po Krawędzi zastanowi się, czemu tron Cienia tak często pozostaje pusty – i czemu ci, którzy go zajmują, nigdy się nie uczą. Jednak być może „zmiana”, którą przynoszą Kellanved i Tancerz, okaże się korzystna.

Druga scena rozgrywa się na jakiejś plaży. Dwójka dzieci odnajduje zagrzebaną w piasku dziwną, pokrytą łuskami istotę. Kiedy stwór próbuje chwycić chłopca, dzieci uciekają i wracają z dziadkiem. Dziadek sprawdza wybrzeże i oznajmia, że morski duch wrócił do morza, ale gdy cała trójka wraca do wioski, poznajemy jego myśli: istota, którą odnalazł wśród skał, była Jeźdźcem Sztormu. Jak mantrę raz po raz powtarzała jedno zdanie: „czemu nas zabijacie?” Przestała dopiero, kiedy mężczyzna poderżnął jej gardło. Wtedy ze zdumieniem spostrzegł, że na ręce pociekła mu czerwona krew.

Oto i koniec Nocy noży – najmniej malazańskiej ze wszystkich malazańskich książek (nie licząc nowelek o nekromantach). Moim zdaniem powieść spełnia swoje zadanie – przybliża nam okoliczności ascedencji Kellanveda i Tancerza – ale nic ponadto. Zabrakło tu znanego z innych części rozmachu i wielowątkowości, poszerzenia historii Taychrenna, Agayli, rybaka, Jeźdźców Sztormu. Nie byłoby to najlepsze wprowadzenie do sagi, ale jako opowieść komplementarną czytało się ją dobrze, nie skarżyłbym się, gdyby Esslemont lub Erikson porwali się na napisanie jeszcze kilku takich krótkich utworów, opisujących najważniejsze wydarzenia z historii serii.

Następnym razem: otwieramy Bramy Domu Umarłych!

niedziela, 24 kwietnia 2011

Funkcjonalność bloga

Trzeba iść z duchem czasu. Powoli zabieram się za modernizację bloga, tj. wprowadzenie do niego wszystkich nowoczesnych bajerów: RSS-a, wsparcia dla portali społecznościowych etc. Na razie dodałem bardzo egoistyczną ramkę z listą moich dotychczasowych literackich (i tylko literackich, pomijam publicystykę) publikacji, teraz będzie Wam łatwiej nadrobić zaległości. Tak, o tym pomyślałem najpierw, najwyraźniej właśnie od tego zaczyna się dla mnie innowacja. Wesołych Świąt i do przeczytania!

Tu będą smoki...


Wczoraj wieczorem na stronie Polygamii ukazał się mój artykuł dotyczący gry Dragon Age 2. Kilka godzin w sieci i już zdołał wywołać kontrowersje – moja opinia o najnowszym produkcie Bioware nie jest zbyt pochlebna – i bardzo się z tego cieszę, chciałem sprowokować tego typu dyskusję. Jeśli jeszcze nie wiesz w czym rzecz, zapraszam do lektury i komentowania.

czwartek, 21 kwietnia 2011

Księga Wojny


Szybki cynk: w maju będziecie mieć okazję zapoznać się z moim nowym opowiadaniem, „Latem księżycowych ciem”, które ukaże się w antologii Księga Wojny. Nowe opowiadanie, nowy bohater. Rzesza, maszyny kroczące i Afganistan. I motyle.


Co więcej, jeśli przelecicie wzrokiem po liście nazwisk autorów zbioru, to prędko zorientujecie się, że występuję w doborowym towarzystwie. Polecam!

Dlaczego "Gra o tron"?

Na kawerna.pl ukazał się mój felieton dotyczący fenomenu „Gry o tron”. Zastanawiam się w nim, co skłoniło HBO do podjęcia ryzyka ekranizacji tak obszernej serii (i to fantasy). Jak zawsze zachęcam do przeczytania i komentowania.

piątek, 15 kwietnia 2011

Wielkie czytanie Malazańskiej Księgi Poległych, część 18


[Poniżej znajdują się spoilery do książek z cyklu Malazańskiej Księgi Poległych]

Wielkie czytanie Malazańskiej Księgi Poległych trwa. Przypominam: w tym cyklu przywołuję treść poszczególnych rozdziałów sagi, wdając się czasem w analizę lub interesujące dygresje. Oczywiście, moje posty są tylko cieniem rzucanym przez właściwy re-read, odbywający się na stronie wydawnictwa Tor. Osoby chcące pogłębić znajomość Malazańskiej Księgi Poległych kieruję tutaj. Obecnie omawiamy Noc noży Iana Camerona Esslemonta.

Oto dotarliśmy do kulminacji Nocy noży. Konwergencja, jaką serwuje nam Esslemont, jest może w stosunku eriksonowskich ledwo kameralnym spotkaniem, niemniej w miarę sprawie splata wszystkie wątki i wyjaśnia niejasności. Tancerz wreszcie ujawnia się przed Artanem, a tym samym zdradza Kisce jego prawdziwą tożsamość– to Tayschrenn, wielki imperialny mag. Mężczyźni deliberują chwilę nad motywacjami czarodzieja (Tancerz uważa proklamowaną neutralność i troskę o dobro Imperium za słodkie wymówki). Wreszcie Tancerz ostrzega zebranych, aby nie wchodzili na szczyt twierdzy – ktoś mógłby ich poczytać za „uczestników” rozgrywających się zdarzeń – i sam znika na schodach. Tayschrenn zaczyna tłumaczyć Kisce niuanse związków i zależności pomiędzy dawnym Cesarzem i Gburką, opowiada o swojej znajomości z Agaylą. Rozmowę przerywa dochodzący z góry stukot laski Kellanveda. Na chwilę wszystko cichnie, potem rozlega się jakiś huk, krzyk wściekłości i sfrustrowany wrzask kobiety. Tayschrenn, Kiska i Hattar ruszają na górę.

Na podłodze wala się kilkanaście ciał należących do szponów (jedno z nich należy do Popioła), a w głębi pomieszczenia na drewnianym krześle siedzi kobieta – regent Gburka. Jak zawsze towarzyszy jej Opos, pojawia się też inny szpon, Topper. Pomiędzy ciałami spoczywa laska Kellanveda. Wszystko pokrywa czerwony proszek (to otataral, substancja tłumiąca magię znana już czytelnikom z kart Ogrodów Księżyca). Gburka twierdzi, że Tancerz i Kellanved wypadli z balkonu i ucina wszelkie pytania Tayschrenna. Oznajmia, że w związku z tym obejmuje tron Imperium, przyjmując nowe imię. Wielki mag uznaje jej pretensje, chociaż Kiska nie jest pewna jego szczerości. Tayschrenn odprawia Kiskę i Hattara, zamierzając omówić z nową Cesarzową naglące sprawy.

Hart ponownie spotyka swoich niedawnych stróżów-kultystów. Kiedy jeden z nich próbuje z niego szydzić, Hart grzmoci go w głowę, a drugiego (który atakuje go nożem) rozbraja i zabija własną bronią. Następnie, jakby nigdy nic, każe obitemu kultyście prowadzić się do Pralta (można tylko pozazdrościć stalowych… nerwów). Wokół Domu Umarłych granice między światami się zacierają. Ze wzruszonej ziemi wznoszą się korzenie i gałęzie Azath. Pralt tłumaczy Hartowi, że znajdują się „na granicy” – Dom będzie chciał powstrzymać każdego, kto spróbuje przedostać się do serca Groty Cienia, i to właśnie oni podejmą taką próbę; na ich drodze staną wszyscy, którym ta szuka się nie udała i którzy w wyniku swego niepowodzenia zostali tu uwięzieni. Pralt rozwiewa też bardzo rozsądne wątpliwości weterana – ich celem nie będzie faktyczne przedostanie się do środka, a tylko odwrócenie uwagi obrońców. W końcu Hart, służąc w Mieczu Dassema Ultora, zawsze był czyjąś przynętą… Pojawiają się Faro i Trenech (pamiętacie ich jeszcze? Staruszek i olbrzym?) i przestrzegają przed forsowaniem bram Domu Umarłych (gra słów niezamierzona), bo może to osłabić „bariery”. Faro dodaje, że jeśli Hart spróbuje przedostać się do Domu, nigdy stamtąd nie wróci. Oczywiście, jak można się było spodziewać, weteran lekceważy ostrzeżenie i wraz z kultystami Cienia wkracza na teren posesji. Szybko okazuje się, że to pułapka. Kultyści znikają, Hart zostaje sam. Z wnętrza Domu Umarłych wyłania się jakaś gigantyczna postać.

Na skalnym cyplu wznoszącym się ponad wzburzonymi wodami morza spotykają się Obo, Agayla i Tayschrenn. Na plażę wdziera się lodowata moc Jeźdźców Sztormu, ich atak na Malaz już się rozpoczął. Wielki mag nie może uwierzyć, jak jeden człowiek (Rybak) mógł powstrzymywać taki szturm przez tak długi czas, zastanawiając się, czy nie był to przypadkiem Osserc, ale Agayla twierdzi, że świat jest pełen przedwiecznych mocy, o których wielki mag nie ma pojęcia. Rybak został osłabiony, kiedy Gburka przeprowadziła na wyspie czystkę czarodziejów (i to za przyzwoleniem Tayschrenna) – nie miał już skąd czerpać swojej mocy. Tayschrenn wciąż nie jest pewien, czy przyłączyć się do obrony Malazu, ale Agayla pokazuje mu prawdziwe oblicze zagrożenia, pozaświatowy lodowiec. Kobieta dodaje, że jeśli Malaz upadnie, Jeźdźcy zdominują morza i, co gorsza, zawładną Domem Umarłych. Tayschrenn wreszcie się łamie i wspiera Oba i Agaylę pełnią swojej mocą.

Ten fragment bardzo mi się podobał. Po pierwsze, dowiadujemy się więcej o wielkim magu, wprost i nie wprost („Czuć od niego smród Robaka.” s. 282). Jego kreacja w Nocy noży jest zdecydowanie mniej czarnobiała niż w Ogrodach Księżyca i świetnie wprowadza czytelnika w postać, którą spotkamy we Wspomnieniu Lodu. Zresztą, Tayschrenn trochę prześlizguje się przez fabułę sagi, raz jest tu, raz tam, a większość czasu spędza na wyczekiwaniu – tylko czego wyczekuje? W rozmowie z Agaylą i Obo pojawia się jeszcze jedna perełka: „Biedny Tayschrenn. Pewnego dnia obudzisz się i skończysz z tym nędznym politykierstwem i spiskami. Sparzysz się jeszcze wiele razy i osmalisz przy tym wielu innych, nim w końcu odkryjesz mądrość” (s. 284). Podczas pierwszego czytania w ogóle tego nie zauważyłem, ale te słowa zdają się towarzyszyć wielkiemu magowi w kolejnej książce Esslemonta, Powrocie Karmazynowej Gwardii.

Drugim powodem, dla którego scena nad morzem przypadłą mi do gustu, jest iście eriksonowska „kompresja fabularna” (której w Nocy noży jest o dziwo mało) – postacie rozmawiają o wielu ważnych sprawach i wielu osobach w bardzo skondensowanym dialogu. Poznajemy kulisy czystki czarodziejów na Malazie, dowiadujemy się sporo o Jeźdźcach Sztormu (kto pamięta, że ich magowie nazywają się Władającymi Różdźkami?).

Kiska budzi się w Twierdzy Mocka (zdrzemnęła się po nocy pełnej przeżyć?), ale Hattara i Tayschrenna już nie ma. Pojawia się za to lewitująca Corinn i Lubben. Najwyraźniej Kiska znajdowała się pod wpływem usypiającego zaklęcia, ale w jakiś sposób (prawdopodobnie za sprawą wrodzonych zdolności) udało jej się przełamać urok. Dziewczyna relacjonuje wydarzenia, których była świadkiem, ale Corinn i Lubben jej niedowierzają. Kiska też zaczyna się zastanawiać, czy Kellanved i Tancerz aby na pewno zginęli. Nagle Corinn odczuwa drżenie Grot (hm?) , a Kiska jest pewna, że ma to coś wspólnego z Domem Umarłych. Cała trójka udaje się w tamtym kierunku poprzez Grotę Corinn, Thyr (Ścieżka Światła). Podczas tej ezoterycznej podróży staje się jasne, że Kiska posiada jakiś magiczny talent (jeśli nie było tu już oczywiste wcześniej). Dziewczyna poprzysięga sobie, że jeśli z tego wyjdzie, zwróci się do Agayli po nauki.

Nagle Corinn znika, a Kiska przenosi się do Groty Cienia, gdzie ponownie spotyka Chodzącego po Krawędzi. Horyzont zasłania masywny lodowiec sprowadzony tu przez Jaghutów, a sunący teraz w kierunku Domu Cienia, serca Groty – najwyraźniej Jeźdźcy Sztormu rzeczywiście pragną zagarnąć tron Cienia. Chodzący po Krawędzi nie przejmuje się zakusami Kellanveda („szaleńca”), bowiem zagrożenie ze strony lodowca jest znacznie poważniejsze. Martwiak znika, a kraina wokół zaczyna się rozmywać. Kiskę atakuje jakiś kultysta, ale dziewczynie udaje się go zabić, a potem w podnoszącej się mgle pojawia się Ogar. Kiska szarżuje na niego, ale wypada na ulicę za Domem Umarłych.

Muszę się tutaj do czegoś przyznać – jakkolwiek lubię pomysł Grot, uważam, że to kapitalny element malazańskiego świata, to jednak częste podróże pomiędzy wymiarami, które nie podlegają zdawałoby się żadnym stałym zasadom, często niszczą moje zawieszenie niewiary. Czasem odnoszę wrażenie, że to taka dźwignia bezpieczeństwa obu autorów i niebezpiecznie blisko jej do rozwiązań typu deus ex machina (jeszcze do tego wrócę, kiedy w Bramach Domu Umarłych pojawi się Gildia Trygalle).

Tymczasem na podwórzu Domu Umarłych Hart mierzy się z olbrzymem – kobietą Jaghutów. Pojawiają się szpony (z Oposem na czele) i kultyści Cienia, do walki przyłącza się Faro i Trenech, z ziemi wyłażą poprzednie „ofiary” Azath. Istne pandemonium.

Kiedy Kiska dochodzi do siebie, zauważa, że stoi nad nią Oleg. Kiedy mężczyzna dowiaduje się, że Chodzący po Krawędzi nie zamierza nic zrobić w sprawie Kellanveda, sam postanawia go powstrzymać. Przeskakuje mur i atakuje magią byłego Cesarza. Udaje mu się go zepchnąć w objęcia jakiejś wygrzebującej się z ziemi istoty, ale w tym samym momencie pojawia się Tancerz. Oleg traci równowagę, wpada na Kellanveda, dochodzi do szamotaniny. Tancerz oswabadza kompana i w rezultacie istota wciąga pod ziemię jedynie biednego Olega. Tancerz i Kellanved wchodzą do Domu Umarłych. Stojąc w progu, Kellanved widzi Kiskę, a ta czuje, jak coś zmusza ją do ruszenia w jego stronę, ale kiedy próbuje to zrobić, odbija się od magicznej bariery. Widząc coś czającego się po drugiej stronie, dziewczyna ucieka, obiega posiadłość. Od frontu widzi walczących Faro i Trenecha, i wydostającego się zza muru Harta. Z Groty wyłaniają się Tayschrenn (wygląda na wymęczonego) i Hattar. Kiedy dziewczyna mówi wielkiemu magowi o Tancerzu i Kellanvedzie, ten ją zbywa, wyraźnie sugerując, że oficjalna wersja zdarzeń tej nocy przewiduje ich śmierć w Twierdzy Mocka. Kultystom udaje się zabić Trenecha, Jaghutka atakuje bramę i tylko połączone moce Faro i Tayschrenna są w stanie ją powstrzymać. Hattar wyciąga wielkiego maga z zawieruchy magicznej mocy i prosi Kiskę, by pomogła mu odnaleźć uzdrowiciela.

Lubben i Corinn odnajdują Harta, który postanawia powstrzymać Jaghutkę. Niespodziewanie pojawia się Faro – wygląda jak zwęglone zwłoki, ale wciąż żyje. Czarodziej prosi Harta, aby zajął jego miejsce, stał się jakiegoś rodzaju strażnikiem Domu Umarłych (Bill z oficjalnego wielkiego czytania ma ciekawą teorię, z którą nie mogę się nie zgodzić – według niego Faro i Trenech należeli do kultu Bezimiennych, tajemniczej organizacji interesującej się Azath, o której czytelnik dowie się więcej – chociaż nie za dużo – w innych książkach z serii). Weteran zgadza się i rusza zmierzyć się z Jaghutką. Po chwili walki zdaje sobie sprawę, że przenieśli się gdzieś indziej – są sami, a Dom zastąpiła sterta megalitycznych kamieni. Jaghutka – Jhenna – próbuje go przekonać, aby zszedł jej z drogi. Tłumaczy, jak to Jaghutowie pomogli rozwinąć ludzką cywilizację, jak chronili ją przed K’chain Che’malle. Oferuje mu pieniądze, władzę, długowieczność. Hart odmawia. Pojawia się Chodzący po Krawędzi, anonsując, że Jeźdźcy Sztormu zostali odparci, kult Cienia pokonany, a drogi do Domu Cienia będzie strzegł on we własnej osobie. Jhenna ponownie próbuje nakłonić Harta do ustąpienia – tym razem kusząc go wiedzą o Dassemie Ultorze – który najwyraźniej żyje i do którego mogłaby go wysłać. Chodzący po Krawędzi ostrzega weterana przed lodem, który w trakcie rozmowy powoli go skuwał. Jhenna atakuje, ale Hart wytrzymuje dostatecznie długo, aby Azath ponownie ją uwięził. Hart pojawia się przed Domem Umarłych, tu czekają na niego Corinn i Lubben.

czwartek, 31 marca 2011

Współpraca z Polygamią

Kto mnie zna, ten wie, że oprócz literatury i socjologii moją wielką pasją są gry – planszowe (co mogło być już dla czytelników bloga ewidentne) i wideo. Lubię się dzielić swoimi pasjami, więc to w sumie nieuniknione – mogę was oficjalnie poinformować, że nawiązałem współpracę z serwisem Polygamia. Będę dla nich pisał recenzje i felietony, czasem opublikuję je tu, czasem tam. Bez obaw, blog pozostanie w niezmienionej formie, nadal będzie tu dominować literatura, nadal będę pisał z równie nieregularną częstotliwością… Po tym przydługim wstępie zapraszam was do pierwszego tekstu, recenzji gry Hard Corps: Uprising na XBLA.

środa, 30 marca 2011

Zagłada Atlantydy żyje!

Tak, tak, projekt w żadnym razie nie został zawieszony, chociaż premiera przesuwa się i przesuwa, także nawet boję się podawać jakiekolwiek dokładniejsze informacje. Tutaj znajdziecie relację jednego z graczy z tegorocznej edycji festiwalu GRAMY, a poniżej zdjęcie uwiarygodniające – Atlantyda żyje!



poniedziałek, 28 marca 2011

Rant. Way of Kings (angielski audiobook)


Malazańska Księga Poległych została zakończona i chociaż zapoznam się z tym finałem osobiście dopiero w drugiej połowie 2011 roku, już od wielu miesięcy poszukuję „nowej wielkiej sagi”. Nie zrozumcie mnie źle. Lubię zamknięte opowieści, ale jest coś w tych zdawałoby się niekończących się seriach, co przyciąga i pochłania mnie bez reszty. Myślę, że to właśnie ten ogrom, który, jeśli książka jest dobrze napisana, kreuje iluzję żyjącego świata. Sprzysiężenie czerwonego wilka Roberta V.S. Redicka połaskotało moją ciekawość, ale ostatecznie rozłożyło się na finale, Imperium Czerni i Złota Adriana Tchaikovsky’ego rozczarowało mnie językiem, płaskością bohaterów i konstrukcją powieści, a Wędrowiec Cola Buchanan, chociaż przyjemny, okazał się w swej skali bardzo kameralny.

I oto wpadła mi w ręce Way of Kings Brandona Sandersona, a dokładnie jej edycja czytana, nieomal czterdziestogodzinny audiobook. W sam raz na dwa-trzy miesiące stania w korkach. Byłem rozemocjonowany. Do tej pory nie czytałem co prawda żadnej książki tego autora, ale śledziłem jego błyskawiczną karierę. Droga Królów (zakładam, że taki będzie tytuł zapowiedzianej na ten rok edycji polskiej) to pierwszy tom planowanej na dziesięć książek serii The Stormlight Archive. Ponad tysiąc stron tekstu, doświadczony autor. Czy wreszcie moje poszukiwania kolejnej wielkiej sagi dobiegły końca?

Nie. Nie, nie, nie… Przeciwnie, lektura Way of Kings doprowadziła mnie na skraj rozpaczy. Nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się krzyczeć na moje samochodowe radio; a krzyczałem rozpaczliwe „nie!”. Nie fabule, nie bohaterom, nie światu… Wiem, że powinienem był rzucić tę książkę w kąt i zająć się następną, ale trwałem, licząc, że po setnej, dwusetnej, pięćsetnej stronie coś się stanie. Nic się nie stało.

Tekstu, który masz przed oczami, czytelniku, nie mógłbym z czystym sumieniem nazwać recenzją, gdzieś w trzech czwartych słuchania straciłem wszelką obiektywność. Więc niech to będzie „rant”, czyli nie krytyka, a krytykanctwo. Podzielę się z wami moimi jaskrawymi spostrzeżeniami, a wy, wiedząc, że jestem uprzedzony, będziecie mogli zmodyfikować odpowiednią swoją ocenę. A jeśli nawet nie wyciągniecie z lektury nic konstruktywnego, na pewno ubawicie się po pachy (każdy lubi odrobinę schadenfreude, inaczej nie istniałyby talk-showy). Zgoda? No to jedziemy.

Mógłbym podejść do tego ranta metodycznie, w sposób szkolny – streszczenie, świat, bohaterowie, akcja, wykonanie. Zamiast tego, w duchu Way of Kings, którego autor nie wie, co to struktura, będziemy przechodzili od jednej kwestii do drugiej na zasadzie skojarzeń, powiązań lub po prostu strumienia świadomości.

Niegdyś bardzo złe istoty gnębiły cyklicznie świat Roshar (nazywano je Voidbringers, czyli Sprowadzającymi Pustkę, ale na tym etapie możemy je po prostu zaetykietować „Sauronem”). Zagrożenie z ich strony jest w zasadzie dość zawoalowane i nigdy do końca się nie krystalizuje, więc nie będę go tu przedstawiał. W każdym razie pod koniec jednego z takich cyklów Heroldzi, mityczne, magiczne istoty o niezmierzonej mocy, pokonali Sprowadzających Pustkę (ale czy aby na pewno?) i zniknęli z kart historii. Świat zapomniał… Obecnie ludzie zajęci są wewnętrznymi walkami i wojną z tajemniczą rasą Parshendi, ale na horyzoncie zbierają się czarne chmury apokalipsy.

Jeśli ten krótki wstęp wydaje się wam znajomy, to tylko dlatego, że czytaliście go dziesiątki razy. Fabuła Way of Kings ściśle i po sam koniec trzyma się schematu. Wszystkie zwroty akcji rozpracujecie na setki stron, zanim się pojawią, a znowuż nie ma ich tak wiele. Każda postać to jakiś archetyp (pucybut-przyszły bohater? Jest. Kasandryczny wiesz? Jest. Naiwny młody król? A jakże. Jego knujący doradca? No przecież.). Innymi słowy, książka jest po prostu sztampowa. I uwierzcie lub nie, sam ten fakt niekoniecznie musi odstraszać. Osobiście lubię klasyczne mity o bohaterach, lubię, kiedy postacie kroczą campbellowską ścieżką – takie historie przyjemnie się czyta, zapewniają rozrywkę, nie rzucają intelektualnych wyzwań, nie wyciągają ze strefy komfortu. Są bezpieczne. Każdy od czasu do czasu potrzebuje takiej lektury. O ile jest sprawnie napisana.

Way of Kings nie jest. Ku mojemu bezbrzeżnemu zdziwieniu, szwankuje wszystko. Książka jest nudna, bo jest schematyczna, ale także dlatego, że jest straszliwie długa, a wszystkie te strony zapełniają puste słowa, bezcelowe retrospekcje i urwane wątki. Czasem miałem wrażenie, jakby Sanderson musiał wyrobić jakąś liczbę zapisanych znaków. Szczególnie męczące są wspomniane retrospekcje dotyczące jednego z bohaterów. Po pierwszej czytelnik domyśli się, gdzie prowadzą, ale autor i tak mu je serwuje, jak jakąś gorzką nalewkę, którą nieszczęśnik po prostu musi przełknąć. I tak męczymy się z dziecięcym życiem Kaladina, dowiadujemy się, jak to nie chciał zostać chirurgiem, potem jak chciał, potem jak nie chciał, potem jak chciał, a potem jak nie mógł. I to jest tak strasznie rozwleczone.

Ale wszystko jest tu rozwleczone: droga od zera do bohatera, której finał znamy doskonale, ciągnie się jak papier toaletowy od początku książki do jej bolesnego końca. Wojna na równinach jak trwała, tak trwać będzie. Nic się nie zmienia. W ostatecznym rozrachunku na tym tysiącu stron niewiele się wydarzyło. Słucha się tego jak prologu, prologu wielkości książki telefonicznej.

Co więc wypełnia te strony (oprócz retrospekcji)? Wyobraźnia Sandersona. Jeśli jest jedna, jedna cecha tej książki, którą mógłbym uznać za pozytywną, to jest nią koncepcja świata. Roshar smagają straszliwe superburze i ma to swoje konsekwencje we florze, faunie, architekturze miast i stylu życiu ich mieszkańców. Jest to spójne i przemyślane. Niestety, autor nie wie, kiedy przestać, albo też nie ma pojęcia, jaki powinien być stosunek fabuły do worldbuildingu.

Smutna prawda jest taka, że Way of Kings nie jest powieścią epicką. Są tu bitwy, ale niezbyt znaczące, są tu podróże, ale raczej krótkie, są tu wydarzenia, ale tylko lokalne. Mamy trójkę bohaterów głównych (albo dwójkę, bo jedna z nich rozpływa się tajemniczo na kilkaset środkowych stron książki, aby znów się ujawnić pod sam koniec). Mamy też kilkanaście postaci, które pojawiają się znikąd, niewiadomo gdzie, robią coś, co nie ma żadnego związku z fabułą, a potem na zawsze znikają z kart książki (to nie jest hiperbola). I taką właśnie rolę pełni opis świata – fillera, wypełnienia. Każda okazja jest dobra, aby ta czy inna postać mogła wygłosić diatrybę na temat garncarskich zwyczajów tubylczych nomadycznych ludów egzotycznej krainy z drugiego końca świata, ale nie ma to żadnego wpływu na… cokolwiek. Ot, Sanderson chwali się, że wymyślił egzotyczną krainę, w której żyje nomadyczny lud lepiący bardzo osobliwe garnki.

Jedna z postaci jest podopieczną uczonej szukającej zagubionych tekstów na temat Sprowadzających Pustkę. Zakazane tajemnice? Tajne spiski? Wstrząsające światem informacje? Gdzieżby. Więcej dowiedziałem się z tych rozdziałów o rodzajach rosharskich dżemów. Tyle razy siedziałem na krawędzi fotela powtarzając sobie w duchu „tak, tak, teraz te postacie podzielą się ze sobą wiedzą, teraz sekret się wyda i jakież będą tego konsekwencje”, ale nie, Sanderson z wprawą godną mistrza unika jakichkolwiek fabularnych postępów. Ostatecznie, na kilku ostatnich stronach, jakby od niechcenia, uchyla rąbka zapomnianej historii… i ten rąbek jest tak nieinteresujący, tak antyklimatyczny, że wolałbym już nic nie wiedzieć.

Do tej pory pisałem o bohaterach Way of Kings raczej przy okazji innych spraw, ale to tylko dlatego, że w zasadzie nie ma co pisać. Wszystkie postacie są płaskie jak plastry sera i tak pełne treści jak angielskie kiełbaski śniadaniowe prawdziwego mięsa (robię się głodny, powoli czas kończyć tę tyradę). Kaladin to nieskazitelny wybraniec, Dalinar to praworządny generał, chcący jedynie dobra swego ludu, Shallan to wygadana młoda szlachcianka. To jednak Sandersonowi nie wystarcza. Jego bohaterowie muszą być nie tylko jednowymiarowi i nudni, ale na dokładkę jeszcze słabo napisani.

Niektóre dialogi… powiedzmy sobie szczerze, trudno jest obcokrajowcowi stwierdzić, czy coś brzmi źle w obcym języku – a jednak ta sztuka mi się udała (może to zasługa nienagannej dykcji dwójki aktorów czytających książkę). Zwłaszcza kwestie Shallan są tak sztuczne, tak egzaltowane, tak bezmyślne… Autor próbuje opisać tę postać jako osobę sprytną i o ciętym języku (inni bohaterowie tak na nią reagują), ale to tylko potęguje wrażenie, że wszyscy wokół są imbecylami o poczuciu humoru rodem z książeczek „101 kawałów o tramwajarzach”.

To wszystko, co mam do powiedzenia na temat Way of Kings. Pięć stron maszynopisu i wcale nie czuję ulgi ani nie spływa na mnie katharsis. Już nie odzyskam tych czterdziestu godzin za kółkiem, podczas których mogłem się tępo gapić w samochód przede mną zamiast słuchać tego… tego wynaturzenia. Jednocześnie jestem pewien, że książka przypadnie do gustu wielu czytelnikom (o czym mogą świadczyć liczne pozytywne recenzje anglojęzycznej blogosfery, a nawet kilka polskich głosów, a także dobre wyniki sprzedaży) – i nic na to nie poradzę – a ta opinia nie jest obiektywna, przebija się przez nią frustracja, zawiedzione nadzieje, złamane obietnice z tylnej strony okładki. W związku z tym, nie będę was odwodził od zakupu i lektury. Miejcie tylko świadomość, że próbowałem was ostrzec.

sobota, 19 marca 2011

Wielkie czytanie Malazańskiej Księgi Poległych, część 17


[Poniżej znajdują się spoilery do książek z cyklu Malazańskiej Księgi Poległych]

Wielkie czytanie Malazańskiej Księgi Poległych trwa. Przypominam: w tym cyklu przywołuję treść poszczególnych rozdziałów sagi, wdając się czasem w analizę lub interesujące dygresje. Oczywiście, moje posty są tylko cieniem rzucanym przez właściwy re-read, odbywający się na stronie wydawnictwa Tor. Osoby chcące pogłębić znajomość Malazańskiej Księgi Poległych kieruję tutaj. Obecnie omawiamy Noc noży Iana Camerona Esslemonta.

Rozdział czwarty otwiera śmierć rybaka Tobena. Skuty lodem Sen Rheni, statek widziany w prologu, rozbija jego łódkę, otwierając Jeźdźcom Sztormu drogę na Malaz. Prawdę mówiąc wątek rybaka wydaje mi się nierozwinięty i urwany, szkicowy. Rybak w Nocy noży pełni jedynie rolę buforu dla Jeźdźców i książka świetnie obyłaby się bez jego obecności. Nie przypominam sobie również, aby Toben był wspominany w innych książkach. No cóż, w tak rozległej sadze nie wszystkie wątki muszą się splatać… w każdym razie śmierć rybaka zmusza do działania Agaylę. Ciotka Kiski odwiedza dom Tobena, ale zastaje tu jedynie jego zamarzniętą żonę. Postanawia więc zwrócić się o pomoc do innej postaci – Oba.

Z początku mężczyzna nieszczególnie przejmuje się zagrożeniem, jakie stanowią Jeźdźcy, a za obecny stan rzeczy obwinia Gburkę, która rozkazała przecież przeprowadzić czystki czarodziejów. Planuje już wycofać się do swojej wieży, ale powstrzymują go słowa Agayli: jest przecież zakotwiczony do tej wieży, a ta stoi na wyspie Malaz. Mimo to, Obo zauważa, że nie poradzą sobie z Jeźdźcami we dwójkę… ale Agayla już się tym zajęła i poprosiła jeszcze kogoś – nie, nie „tego szaleńca” (jak Obo wyraża się o dawnym cesarzu), kogoś innego (i znów, uważny czytelnik już wie kogo).

Hart znów zabiera nas do Y’Ghatanu, do ostatnich dni Dassema Ultora. Pierwszy Miecz oznajmia, że to jego ostatnia bitwa, że Kaptur, z którym do tej pory łączyła go szczególna zażyłość, „popełnił błąd”. Podczas starcia Dassem staje naprzeciw Surgena, namaszczonego czempiona Y’Ghatanu. Coś idzie nie tak – Dassem zostaje ranny, ale nie z ręki y’ghatańczyka. Strażnicy Miecza osłaniają jego odwrót; Hart wdaje się w pojedynek z Surgenem, wiążąc go walką na tyle długo, aby pozwolić pozostałym uciec.

Jak już wcześniej wspomniałem, bardzo lubię te retrospekcje; miło jest ponownie spotkać dawno zmarłe postacie (Bellurdan, Nightchill, Loczek) albo poczytać o wielkich bohaterach, których z bliska poznamy znacznie później (Ameron). Ilość szczegółów, które później gładko wpasowują się w większą całość, zdaje się potwierdzać zapewnienia Eriksona o dokładnym rozplanowaniu fabuły serii. Jest coś urzekającego w tak pieczołowitej samo-referencyjności tekstu, chociaż dla osób, które nie są zaznajomione z sagę albo mają wyjątkowo słabą pamięć do imion, może się to wydać na dłuższą metę uciążliwe.

Hart budzi się w rękach kultystów Cienia. Ich przywódca wyjaśnia, że obserwowali walkę z Ogarem i że w odpowiednim momencie zainterweniowali; nie chce zdradzić, kim jest, ale zapewnia, że w Szponach kult i Hart mają wspólnego wroga. Hart zaczyna kojarzyć pewne fakty, łączyć kult z Pazurem i Tancerzem (dla mnie to rozumowanie wydawało się w tej sytuacji odrobinę zbyt daleko idące, ale może weteran wojen w Siedmiu Miastach był posiadaczem niecodziennej intuicji…). Przywódca kultystów pokazuje mu Dom Umarłych, twierdząc, że ktokolwiek przejdzie przez jego bramy, zawładnie Grotą Cienia, a potem prosi go o pomoc w zapewnieniu bezpieczeństwa temu, który jeszcze tej nocy spróbuje dokonać tego wyczynu. Hart, nie czując szczególnej lojalności wobec Kellanveda ani Tancerza, odmawia.

Ku zdziwieniu Harta, kultyści pozwalają mu odejść wolno (wysyłając z nim jednak niewielką eskortę). Kiedy prowadzą go ku Twierdzy Mocka, weteran uświadamia sobie, że wyznawcy Cienia zgromadzili się na wyspie, aby powitać przepowiedziany powrót Kellanveda (chociaż nadal uważa, że dawny cesarz zamierza odzyskać Imperium, a nie walczyć o panowanie nad jakąś Grotą). Kultyści zostawiają go u stóp Twierdzy, przestrzegając, że wewnątrz znajdzie tylko śmierć. Hart wraca pamięcią do Dassema Ultora, przypominając sobie jego niepochlebne zdanie o cesarzu. Wizja Y’Ghatanu staje mu przed oczami.

Budzi się w namiocie szpitalnym. Gburka wykonała swój ruch, Y’Ghatan upadnie, zaczęła się czystka starej gwardii. Hart i Nasada zabijają pilnujących ich strażników i przekradają się do namiotu Dassema. Pierwszy Miecz jest ciężko ranny, ale nie jest już Gburce potrzebny – nowym Wielką Pięścią został Choss. Kiedy przywódczyni Szponu opuszcza namiot, jej podwładni zabierają się za „wiosenne porządki” – najwyraźniej według oficjalnej historii ani Dassem, ani jego strażnicy nie przeżyli oblężenia Y’ghatanu. Gburka nie doceniła jednak Harta i Nasady, którzy radzą sobie z napastnikami (wydaje się nawet, że Hart zabił Oposa). Cała trójka ucieka z wojskowego obozu. Niedługo potem Dassem odłącza się od swoich podkomendnych, aby „wyruszyć na wędrówkę” (wskazówka, wskazówka). W przewrotny sposób trójka wojowników rzeczywiście „ginie” – przynajmniej w annałach Imperium.

„W teraźniejszości” Kiska udaje się do Lubbena, który tłumaczy jej, że w Twierdzy powyżej toczą się zajadłe zmagania. Po drodze na szczyt Kiska mija liczne ciała: Szponów, strażników Artana, zbirów Popioła. Gburka jest na górze. Za to na dole jakiś weteran walczy ze Szponami – zabija jednego, drugiemu udaje się zbiec (to Opos). Dziewczyna nie zamierza czekać i wspina się dalej. Wyżej spotyka Artana i jego strażnika Hattara. We trójkę są świadkiem rozmowy weterana z jednym z kultystów. W odpowiedzi na gest ręki tego ostatniego znikąd pojawia się ciało Corinn. Weteran bierze je na ręce i odchodzi. Kultysta odwraca się w ich stronę. Artan go rozpoznaje.

Ostatnia scena cofa nas odrobinę w czasie, tym razem śledzimy poczynania Harta – to on jest weteranem, którego obserwowała Kiska. Hart walczy ze Szponami, Opos ucieka, za to pojawia się Tancerz (tak, kultystą z poprzedniej sceny jest właśnie Tancerz, towarzysz Kellanveda). Interesujące, że mężczyzna, który stawił czoło namaszczonemu świętemu obrońcy Y’ghatanu, walczył z Ogarem i przeżył, a do tego zabił całą masę zwykłych ludzi, czuje taki respekt przed tym szermierzem. To świetne wprowadzenie dla legendarnej postaci, jaką jest Tancerz. W każdym razie Hart pyta go o Corinn, a ten proponuje mu układ – jeśli weteran powróci do Pralta (przywódcy kultu Cienia) i podda się jego rozkazom, on odda mu Corinn. Hart przystaje na ten układ (co widzieliśmy już w poprzedniej scenie) i odchodzi. Tancerz wyjaśnia mu jeszcze, że jemu i Kellanvedowi zupełnie nie zależy na odzyskaniu władzy w Imperium (to był tylko plan krótkoterminowy) – teraz mają na oku znacznie większy kąsek.

wtorek, 1 marca 2011

Recenzja. Modyfikowany węgiel (angielski audiobook)


Długo się zabierałem do tej recenzji i już mówię czemu: rzadko, bardzo rzadko po lekturze książki nie wiem, co o niej myśleć. Zazwyczaj jakieś refleksje nachodzą mnie już w trakcie czytania, wtedy staram się je wynotować, potem, tuż po zakończeniu, przychodzi pierwsza fala wrażeń i wreszcie kilka dni później, kiedy emocje opadną, krystalizuje się opinia.

W przypadku Modyfikowanego węgla Richarda Morgana nie poszło mi tak gładko. Najpierw myślałem, że to z powodu sposobu, w jaki zapoznawałem się z książką. Odsłuchiwałem ją mianowicie w samochodzie, stojąc w trójmiejskich korkach. Może byłem rozproszony i coś mi umknęło. Przysiadłem do niej jeszcze raz, na spokojnie, w domu, ale efekt był ten sam, postaram się więc po prostu opisać moje odczucia.

Akcja Modyfikowanego węgla toczy się na 26-wiecznej Ziemi, gdzie śmierć przestała być permanentną niedogodnością. Dzięki wszczepianym w kark stosom korowym świadomość każdego człowieka może być ponownie załadowana do nowego ciała, a najbogatsi mogą sobie nawet pozwolić na luksus kopii zapasowych. Właśnie w takim świecie – hodowania i wymieniania ciał jak samochodów, nielegalnego duplikowania osobowości, wskrzeszania – przyszło żyć głównemu bohaterowi, Takeshiemu Kovacsowi. Kovacs jest kimś w rodzaju agenta do zadań specjalnych, uwarunkowanego, aby szybko adaptować się do zmieniających się warunków. Jego świadomość odsiaduje karę za napad na rodzinnym świecie, ale wpływowy biznesmen Laurens Bancroft sprowadza go na Ziemię, aby rozwiązał zagadkę… no właśnie, śmierci Laurensa Bancrofta.

Morgan kreuje bardzo przekonujący świat przyszłości, acz trochę zbyt standardowy dla gatunku. Kto widział Blade Runnera albo Ghost in the Shell, albo też czytał książki Williama Gibsona, w gąszczu wieżowców poczuje się jak w domu. Na tym może sztampowym tle umieszcza technologię upowłokowiania i transferu świadomości. To też nie są jakieś rewolucyjne pomysły, ale Morgan wkomponowuje je w całość bardzo umiejętnie, a największą zaletą książki, jej klejnotem koronnym, jest zademonstrowanie tych nowinek technicznych w środowisku społecznym.

Ucieszyło mnie, że jakiś autor lekkiego jakby nie było sf zajmuje się na poważnie socjologicznymi skutkami takiego czy innego wynalazku. Morgan stara się naświetlić problem z każdej strony – praktycznej, etycznej, moralnej. Przemyślana wizja ludzkości pokonującej największego wroga – śmierć – to największy atut książki.

Morgan potrafi też bardzo wprawnie pisać sceny akcji. Nie są ani za krótkie, ani nużąco długie, po prostu idealne. Pościgi, strzelaniny, wszystko jest bardzo dynamiczne i trzyma w napięciu. Niestety Modyfikowany węgiel potwierdza też moje przypuszczenia, co do seksualnych frustracji pisarzy sf, o których kiedyś napomknąłem na blogu. Niepotrzebne, bardzo graficzne sceny łóżkowe były dla mnie nie na miejscu, nie wnosiły nic do fabuły ani kreacji postaci.

A jeśli już o samych postaciach mowa – Morgan tworzył je wedle prawideł czarnego kryminału, bardzo słusznie, biorąc pod uwagę ton książki, ale trochę przedobrzył. Bohaterowie mówią i zachowują się bardzo podobnie, bez względu na to, czy są biznesmenami, policjantami, zbirami czy programistami, a kilka kreacji ociera się, zależnie od naszej oceny autora, o karykaturę lub pastisz.

Mam też mieszane uczucia, co do samej fabuły. Z jednej strony mimo prostoty jest wciągająca, a zwroty akcji sprawiają, że książka nie znudzi się do ostatniej strony. Z drugiej, odnoszę wrażenie, jakby Morgan nie do końca wiedział, jaką historię chce opowiedzieć – zagadki kryminalnej czy zemsty. W efekcie Modyfikowany węgiel ma tak jakby dwa początki, mniej więcej w połowie powieści autor wciska ‘miękki reset’ i zupełnie przestawia pionki. Dla jednych może to być zaletą, dla innych wadą. Mnie odrobinę to przeszkadzało; pewne wątki pojawiają się zbyt późno, żeby czytelnik mógł się w nie zaangażować. I wreszcie zakończenie: bardzo logiczne, ale mało satysfakcjonujące. Może to wina moich oczekiwań – spodziewałem się Bóg wie czego, a dostałem wariację na temat znanego motywu. Cała książka budowała tę niemożliwą do popełnienia zbrodnię, po to tylko, żeby zakończyć się jak typowy norweski kryminał.

I tak prezentuje się Modyfikowany węgiel. Moje rozterki z początku recenzji dotyczą zaś tego, że nie potrafię powyższych elementów ze sobą zestawić i porównać. Zazwyczaj udaje mi się wyprowadzić jakąś wypadkową sumy wszystkich części, ale w tym przypadku załamuję ręce. Naprawdę nie wiem, czy mogę tę książkę z czystym sercem polecić. Nie dlatego, żeby była słaba. Po prostu jest w niej za dużo sprzeczności, których nie potrafię ocenić. W związku z tym, czytelniku, pozostaje mi mieć nadzieję, że opisałem jej poszczególne cechy na tyle wnikliwie, żebyś sam był w stanie podjąć decyzję, czy to coś dla ciebie.

sobota, 19 lutego 2011

Wielkie czytanie Malazańskiej Księgi Poległych, część 16


[Poniżej znajdują się spoilery do książek z cyklu Malazańskiej Księgi Poległych]

Wielkie czytanie Malazańskiej Księgi Poległych trwa. Przypominam: w tym cyklu przywołuję treść poszczególnych rozdziałów sagi, wdając się czasem w analizę lub interesujące dygresje. Oczywiście, moje posty są tylko cieniem rzucanym przez właściwy re-read, odbywający się na stronie wydawnictwa Tor. Osoby chcące pogłębić znajomość Malazańskiej Księgi Poległych kieruję tutaj. Obecnie omawiamy Noc noży Iana Camerona Esslemonta.

Po uciążliwej przerwie chorobowej wracam do wielkiego czytania. Dziś skończę rozdział trzeci, a, jeśli nic nowego mi nie wyskoczy, do końca lutego uporam się z Nocą noży i poddając się vox populi, przejdę do Bram Domu Umarłych.

Ostatnim razem, kiedy spotkaliśmy Harta, weteran wynosił nieprzytomnego Kojca z gospody. Okazuje się, że udał się do byłego wojskowego medyka, Foki. Foka to świetna postać – żal, że występuje tak epizodycznie – wywołane wojną zgorzknienie i zrezygnowanie, które od niego emanuje, jest tak silne, że późniejsze uwagi Harta wcale nie są konieczne, czytelnik doskonale się domyśli, czego Foka mógł być świadkiem na służbie i jak to go zmieniło. W każdym razie Hart „pożycza” sobie starą zbroję medyka, zakładając do niej swój charakterystyczny hełm (mniemam, że to hełm od pancerza Miecza Dassema Ultora) – i wyrusza w pogoń za Popiołem.

W powyższej scenie dziwią mnie trochę szczegóły dotyczące duchów. Foka sprawdza Harta, każe mu zranić się w ramię, aby przekonać się, czy ten krwawi. Sposób w sumie bardzo dobry, ale nie przypominam sobie podobnych praktyk z żadnej innej książki z serii, a przecież duchów i zjaw przewinęło się tam całkiem sporo. Ot, ciekawostka.

W innej części miasta Kiska opuszcza dom Agayli. Przez chwilę wraca wspomnieniami do rozruchów w Mysiej Dzielnicy, przypomina sobie, jak się wtedy czuła i jaką przysięgę sobie złożyła: nie nadstawiać za innych karku. Introwertyczną wycieczkę przerywa wycie Ogarów (mówiłem, że w Nocy noży Ogary wyją i wyją, nie wiem nawet, czy nie częściej niż w kilkukrotnie dłuższym Mycie Ogarów, a jego fabuła kręci się przecież wokół nich). Kiska przyspiesza i po jakimś czasie zauważa grupę kultystów, których postanawia śledzić, w nadziei, że zaprowadzą ją do celu. Po drodze natrafia na ciało jednego z nich. Pierś denatki zdobi tatuaż „pazurzastej nogi jakiegoś drapieżnego ptaka.” Trochę dalej Kiska wreszcie odnajduje swój cel. Mężczyznę wraz z jego ochroniarzami otaczają kultyści (czytelnicy serii z pewnością przypomną sobie animozje pomiędzy dwoma siatkami wywiadowczymi Imperium, starszym Pazurem i młodszym Szponem). Dochodzi do walki. Kiska obserwuje te zmagania, ale ktoś nagle chwyta ją od tyłu, wiąże, knebluje i zakłada jej na głowę kaptur (brakuje tylko, żeby ją ogłuszyli i Esslemont wykorzystałby wszystkie podstawowe zagrywki porywaczy).

Kaptur zdejmują jej dopiero w jakiejś gospodzie. Kiska z trudnością rozpoznaje jednego z porywaczy, Corinn (czytelnik może domyślić się, że to grupa sierżanta Popioła). Zanim dyskusja (a może przesłuchanie?) ma szansę się rozkręcić, atakuje Ogar. Corinn i Popiołowi udaje się uciec, ale ich ludzi czeka groteskowa śmierć. Ostatni z weteranów odbezpiecza ładunek wybuchowy Moranthów. Kiska czmycha, a kilka chwil później, gospoda eksploduje za jej plecami.

Na Harta wpada zrozpaczona kobieta. Czytelnik może z pozoru pomyśleć, że to Kiska, ale sprawy mają się zupełnie inaczej. To pułapka. Kobieta zamienia się w wężową istotę. Opowieść przybiera na chwilę znamiona horroru – weteran próbuje się wywinąć, ale jego wysiłki wydają się bezcelowe. Tylko interwencja Chodzącego po Krawędzi ratuje mu życie. Antyczny martwiak przestrzega go, by w tę noc został w domu, a potem odchodzi.

Hart – oczywiście – nie słucha ostrzeżenia. Wznawia wędrówkę w kierunku Twierdzy Mocka i szybko napatacza się na jednego z ludzi Popioła, a raczej, na truposza, który kiedyś był jednym z żołnierzy sierżanta. Tropem nieumarłego podąża Ogar. Zarówno za pierwszym, jak i za drugim razem lektura tego fragmentu sprawiła mi wiele przyjemności. Walka Harta z monstrualnym stworem jest odpowiednio chaotyczna i krwawa, i doskonale pokazuje potęgę Ogara. W chwili, kiedy potwór przymierza się do przeprowadzenia ostatecznego ataku, weteran traci przytomność.

Kiską targają sprzeczne emocje, ukryć się czy próbować wykonać polecenie Agayli? Decyduje się na to drugie i podąża w kierunku Twierdzy Mocka. Tam ponownie daje się złapać – tym razem przez strażnika mężczyzny, którego próbowała odnaleźć. Ten (Hattar) prowadzi ją do swojego pana. Kiedy Kiska zdradza, że niesie wiadomość od swojej ciotki, Agayli, mężczyzna wydaje się ukontentowany („pyta Talię Smoków, co przyniesie następny rok. I tka.”). Wyjawia, że nazywa się Artan (Artan, Arthantos ze Wspomnienia Lodu, czy wiecie już, kim jest mężczyzna?) i pokazuje jej wiadomość, którą sama mu przyniosła (rysunek Jeźdźca Sztormu). Pyta, co widzi, a ona odpowiada, że „lód.” Dalej Kiska przyznaje się do podsłuchiwania rozmowy z Olegiem, a później przekazuje Artanowi jego podejrzenia (potwierdzone przez Chodzącego po Krawędzi): Kellanved powraca, aby objąć Tron Cienia, nie Imperium. Na Artanie nie robi to specjalnego wrażenia, dla niego to tylko teoria (och, krótkowzroczności…), a ma większe zmartwienia na głowie. Pozostawia związaną Kiskę i odchodzi, ale dziewczyna wyplątuje się z pęt i postanawia, a jakże, za nim podążyć (swoją drogą, jak teraz o tym myślę, Noc noży składa się z zaskakująco dużej liczby scen śledzenia/podążania za kimś). Tutaj kończy się rozdział trzeci.

poniedziałek, 31 stycznia 2011

Opowiadanie. Sequitur

Dziś coś z zupełnie innej beczki. Darmowe opowiadanie! Napisałem je na początku zeszłego roku i od tamtej pory kurzyło się na moim dysku twardym. Wierzę w postęp, więc pomyślałem sobie „czemu by nie” i publikuję je tutaj na licencji Creative Commons 3.0 (na co wskazuje znaczek po lewej, no dalej, kliknij na niego, żeby dowiedzieć się więcej).

Autor: Marcin Wełnicki
Redakcja: Marta Grubka

SEQUITUR

Przykucnąłem nad holograficznym obrazem ciała, żeby mu się lepiej przyjrzeć, ale nic nowego nie przyszło mi na myśl. Prawdę mówiąc, bardziej interesujący był już pryzmatyczny dywan, co chwilę zmieniający kolor i wzór. Wstałem, otrzepałem ręce – jakbym cokolwiek zrobił – i z udawanym zamyśleniem spojrzałem w okno, za którym błyszczało niekończące się Megalopolis.
– Samobójstwo.
– Na to wygląda – odpowiedział mi młodszy oficer śledczy Yossf, mój przyjaciel i współpracownik, unosząc wzrok znad wyświetlacza.
Zupełnie się nie krępując, podszedłem do domowego dystrybutora żywności i zamówiłem sobie kawę. Mrożoną.
– Więc czemu tu jestem?
– Wzór...
– Pierdolić Wzór, są święta.
Jakby tego nie wiedział. Program dystrybutora nawet na moim kubku wydrukował „Merry Christmas!”
– To był twój pomysł i twój projekt. – Yossf bezlitośnie wytknął mi moje „dzieło”. Jedna prelekcja i stałem się specjalistą od autoekstynkcji. - Dziewięćdziesiąt osiem procent zgodności. – Kiwnął na leżące na podłodze zwłoki. – On podobno nie pasuje.
Wzór to program profilowy, mający określić prawdopodobieństwo faktycznego samobójstwa. Bierze pod uwagę dane statystyczne populacji oraz osobiste denata: wiek, parametry biometryczne, zwyczaje, zawód, rys charakterologiczny, traumatyczne wydarzenia z niedawnej przeszłości. Moje ukochane dziecko.
Pociągnąłem solidny łyk kawy i rzuciłem ostatnie spojrzenie rozjarzonej choince za oknem, nazywanej Północno-Wschodnim Megalopolis.
– To może jest z tych dwóch procent? – Wszystko posiada jakiś margines błędu.
– Po to tu jesteś, żeby to sprawdzić.
– „Po to tu jesteś, żeby to sprawdzić”. To co z tym ciałem? Co mu dolega?
Yossf poprawił się na swoim krześle – nawyk, który musiał sobie wyrobić w młodości w rodzinnym Allahabadzie. Tutaj wszystkie siedzenia dostosowywały się do kształtów użytkowników.
– Śmierć mu dolega, jak widzisz. Facet przedawkował antydepresanty.
– Żartujesz? Był na antydepresantach?
– I to jeszcze jakich.
Game. Set. I match. Szach i mat. Dowolna metafora zwycięstwa.
– To na litość boską, po co tu jestem? – Nie lubiłem, kiedy ktoś zawłaszczał mój czas wolny, zwłaszcza w święta. Pizza-instant właśnie mi stygła. – Może zostawił jeszcze notkę?
Yossf pokręcił głową, przejrzał coś na wyświetlaczu. Ze swoją ciemną skórą i gęstym zarostem, okularami w grubych czarnych oprawkach i opadającymi na czoło włosami, wyglądał jak uosobienie stereotypu Indusa-informatyka. Kiedyś outsource’ował w Varanasi, ale go przenieśli.
– Nie. Ale jego wnuczka...
– Wnuczka?! Yossf, ty sobie ze mną pogrywasz, powiedz, że chciałeś wyrwać się z domu, a nie pitol, że są wątpliwości.
Yossf poprawił okulary i zamknął osobisty komputer.
– Jego wnuczka kategorycznie wyklucza samobójstwo. Utrzymuje, że jej dziadek nie byłby do tego zdolny.
Przewróciłem oczami – powoli i dokładnie, żeby tylko tego nie przeoczył. Dopiłem kawę i wyrzuciłem kubek do recyklatora.
– Każdy jest zdolny, Yossf, każdy jest zdolny i to doskonale widać, dlatego właśnie Wzór jest nieomal bezbłędny.
– Właśnie dlatego genialny pseudopsycholog Biura, Heim, musiał go skonstruować, żeby się popisać przed Radą, i dlatego tenże genialny pseudopsycholog musiał przywlec tu swój tyłek w święta. Skutek i przyczyna.
Pokiwałem mu palcem przed nosem.
– Nawet nie próbuj...
– Za późno. Chodź, pokażę ci, jak go znaleźliśmy.
– To on tu jeszcze jest? Znaczy: ciało. – Myślałem, że przyjdzie mi pracować tylko z holoprojekcją. Lubiłem holoprojekcje. Były czyste i mogłem nimi do woli obracać. Bardzo nie lubiłem ciał.
Yossf tylko skinął głową i poprowadził mnie do gabinetu denata. Salon był podobny do kuchni, to jest był urządzony staromodnie, ale z przepychem, co po chwili zastanowienia wcale nie powinno mnie dziwić, bo znajdowaliśmy się w bogatej dzielnicy. Zdobiące ściany obrazy w stylu późnego post-neo-art déco, świadczyły o anachronicznych gustach zmarłego. W kącie stał najnowszy holowyświetlacz Panashiby. Może nie był aż tak staromodny? No i te paskudne dywany. Były miłe w dotyku, ale cholernie jaskrawe. Może miały regulację odcieni? Ustawienia gammy?
– Ile miał lat?
– Sto trzy.
– To może serducho, całkiem naturalnie? – Medycyna znała przypadki tak wczesnej niewydolności serca.
Yossf wskazał mi drogę na półpięterko. Z tej strony mieliśmy piękny widok na trzy największe arkologie. Nieforemne ostrosłupy wyglądały jak nadtopione, wbite w ziemię sople lodu albo stalaktyty, ale były najnowszym osiągnięciem techniki. Puf, wyparowuje atmosfera, arkologia przetrwa na wewnętrznych systemach podtrzymywania. Puf, zniknie grawitacja, to zewnętrza powłoka zacznie się kręcić tworząc sztuczną.
– A może nie. Kto wie? Ja. Mówię ci, że to przedawkowanie.
– Ponownie, skoro przedawkowanie, to po co tu jestem? Mógłbym...
– Oglądać pornosy w samotności.
– Czyli co? – Postanowiłem zlekceważyć niski cios. – Wnuczka utrzymuje, że ktoś mógł go otruć?
– Tylko pyta.
Yossf otworzył przesuwne drzwi – co do cholery było nie tak z czujnikami ruchu – i wszedł do przestronnego gabinetu, zastawionego przyrządami pomiarowymi.
– Wygląda jak przytulna profesorska dziupla.
– To jest profesorska dziupla, D.
Lubiłem, kiedy mówili do mnie D, przede wszystkim dlatego, że w związku z tym nie mówili Dirk. Nienawidziłem swojego imienia. Przysiągłem sobie, że kiedy tylko moja kochana matka odejdzie z tego świata, pojawię się w urzędzie cywilnym z odpowiednim pisemkiem. Lance? A może Slick? Czemu zawsze przychodzą mi do głowy porno-imiona?
– Yossf, znasz jakieś dobre męskie imię?
– Yossf. Chociaż udawaj, że uważasz. Myślisz, że jak napiszesz jeden niesamowicie dobry program, to możesz się obijać przez resztę życia?
Tak właśnie myślałem. Zresztą, życie wcale nie zamierzało wyprowadzać mnie z błędu. Wręcz przeciwnie, jeśli miałbym ciągnąć tę antropomorfizację, to powiedziałbym, że mnie rozpieszczało i utwierdzało w przekonaniu, że jeden genialny wyczyn wystarczy, aby wszyscy jedli ci z ręki.
– Dobra. – Obszedłem szerokie biurko ustawione pod oknem i spojrzałem na leżącego na ziemi martwego mężczyznę. – Jest martwy – zauważyłem.
– Aha.
– Pudełko z tabletkami wygodnie pod ręką – kontynuowałem – z badania krwi wynika...
– ...z badania krwi wynika, że zmarł na przedawkowanie.
Klasnąłem w ręce.
– No. To co tu po nas? Oznakuj i spakuj.
Yossf westchnął, ściągnął okulary i potarł się po twarzy. Wiedziałem, że kiedy to robi, jest na mnie zły. Za to, że jestem dupkiem.
– D, może nie wyraziłem się jasno. Jego wnuczka utrzymuje, że był daleki od samobójstwa...
– Właśnie widzę.
– Słuchaj, zażądała, żebyś sprawdził wszystko jeszcze raz, osobiście. Oglądała z tobą jakiś wywiad w holowizji.
– Ładna? – zainteresowałem się przelotnie, chociaż w tej chwili podziwiałem akurat starą kolekcję filmów 3D profesora. Miał nawet Casablancę, trzecią edycję specjalną poprawioną, re-kolorowaną i na nowo udźwiękowioną. Podobno Rick Blaine strzela pierwszy.
– Jedyne, co powinno cię interesować, to że zasiada w Radzie i ma wysoko postawionych przyjaciół. A ten tu to profesor Gustavus Antilee.
Nazwisko coś mi mówiło.
– To ten, ten... – zacząłem pstrykać palcami.
– Fizyk, który odnalazł bozon Higgsa.
Pamiętałem. Przez pewien czas w środowisku fizyków panowała atmosfera euforyczna, po czym jakiś malkontent zauważył, że coś musiało przecież istnieć przed Wielkim Wybuchem. Jakaś proto-proto cząsteczka. A potem ktoś inny doszedł do wniosku, że może wcale nie było Wielkiego Wybuchu, a bozon Higgsa powstał w zupełnie inny sposób, niż zakładano. No i wreszcie ktoś spytał o praktyczną aplikację odkrycia. Zawsze znajdzie się gruszka-robaczywka…
– Miałem to na końcu języka. Czy on ostatnio jakoś nie wypadł z obiegu?
– Wypadł. Niedawno było o nim głośno, jego najnowszy eksperyment z tachionami się nie powiódł.
– Pamiętam. Rzucił wszystko i wycofał się z naukowej sceny. Biedaczek. No dobra, do dzieła. Czas zgonu?
Yossf ponownie otworzył komputer i coś na nim wystukał. Irytowało mnie, że nie używa holowyświetlacza – tak, żebym ja również mógł zobaczyć co też tam przegląda. Ale nie, Yossf był old-schoolowy.
– Dwudziesta pierwsza czterdzieści.
– Ktoś go odwiedzał?
– Nie mamy danych z domowego komputera. To nowe mieszkanie, system nigdy nie został podłączony.
Nigdy nie został podłączony? Cóż za niebywała krótkowzroczność. Podniosłem z ziemi kolorowe opakowanie z ekoplastu.
– Tym się struł. Blubloxyl? Nie brzmi groźnie. – Otworzyłem i powąchałem. – Mm, wiśniowy.
Yossf popatrzył na mnie znad okularów, jakby był srogim belfrem, a ja przestraszoną uczennicą wywołaną do tablicy.
– To ty się powinieneś na tym znać.
– Jestem psychologiem, nie psychiatrą.
– Jesteś programistą z psychologicznym zacięciem, ot co. Kiedy ostatnio czytałeś Przegląd Medyczny?
Potrząsnąłem mu przed nosem opakowaniem.
– To jeden z najsilniejszych antydepresantów – powiedział, kręcąc głową. – Normalna dawka to pięćdziesiąt miligramów. Antilee miał we krwi stężenie cztery razy wyższe.
– To nie tak dużo – odparłem, wysypując sobie kilka tabletek na dłoń. Były obłe, różowe i miłe w dotyku.
– Prawda? Maksymalna dawka to sto miligramów, ale ponoć i z takiej przejażdżki można nie wrócić, jeśli serce słabe. Lekarze rzadko go przepisują.
– Powinni podawać na ulotce „skutek uboczny: śmierć”. – Chociaż to z pewnością zmniejszyłoby kwadrylionowe przychody farmaceutycznych koncernów przynajmniej o kilka miliardów. Nie, już lepiej było wypłacać odszkodowania rodzinom przypadkowych ofiar zatrucia. – Po co ktoś miałby brać takie świństwo?
Yossf znów coś tam wstukał.
– Według zeznania osobistego lekarza Antilee miał wyjątkowo ciężkie załamanie nerwowe.
Fizycy nie należeli do czołowych dramaturgów – przynajmniej nie według mojego programu, więc Antilee musiał być aberracją. Może mama go w dzieciństwie rozpieszczała? Albo wychował się na farmie Disneya.
– A wnuczka co na to?
– Potwierdza. Ale utrzymuje, że samobójstwo nie leżało w jego charakterze.
– Mhm.
Rodzina jest zawsze specem od charakteru zmarłego. „Nie mógłby tego zrobić.” No cóż, a jednak. „To nie było w jego stylu.” Tak? A co? Po pierwszym samobójstwie zwierzył się, że to jednak nie to? Według programu rodzina była najmniej wiarygodna. Była po prostu zbyt blisko. Lepsze były zeznania średniego zasięgu.
– Te tabletki – Yossf przeszedł na konspiracyjny ton – to nanolek neutralny. Podobno zabijają smutek. Faktycznie zabijają smutek. Nie waż się żadnej zabrać.
– Yossf, za kogo ty mnie... Yossf. Chodź tutaj. – Przyjrzałem się krytycznie pigułkom. Yossf nie ruszył się z miejsca. – Chodź, mówię.
Westchnął i przyczłapał te dwa kroki od biurka do okna. Pieprzony łaskawca.
– Tak?
– Czy te tabletki nie wyglądają dla ciebie inaczej?
Obaj niemal wetknęliśmy nosy w moją dłoń.
Rzeczywiście, jedne były odrobinę większe od drugich.
– Te to setki.
– Na pudełku napisano, że pięćdziesiątki. Chcesz powiedzieć...
– Powiedzmy – zacząłem z przejęciem – że ktoś dosypał mu do opakowania tabletek z większą dawką. Antilee chciał odpłynąć...
– ...więc wziął podwójną dawkę...
– ...a w rzeczywistości poczwórną. Zawiadom Biuro, możemy mieć morderstwo.
Atmosfera naszego spotkania się zmieniła. Kiedy Yossf wykonywał videfon do centrali, ja kręciłem się po pokoju. Kto mógł chcieć śmierci profesora? Wnuczka ze względu na spadek? Nie, to ona nas tu ściągnęła. Zatrzymałem się przed długą półką ze staromodnymi, trójwymiarowymi fotografiami. Na jednej Antilee stał na tle uniwersyteckiego budynku, w towarzystwie dwóch równie wiekowych jegomości. To było świeże zdjęcie.
– Już wiedzą. Policyjny oddział Biura przejmuje sprawę.
Świetnie. Przyjdą na gotowe. Wezmą wszystkich podejrzanych na przesłuchanie z rezonansem magnetycznym 2.0 i w trymiga znajdą winnego.
– Możesz zrobić dla mnie coś jeszcze? Skontaktuj się z jego ostatnimi współpracownikami, chcę wiedzieć, czy miał jakichś wrogów. I umów mnie na jutro z wnuczką, może będzie coś wiedzieć.
– Ale cię wzięło.
Machnąłem ręką, chociaż myślami byłem już lata świetlne stąd. Rozważałem i odrzucałem teorie.
– Wzięło, nie wzięło. Rób, co mówię.
– Wiesz, że skoro to morderstwo...
– Tak, tak, tak, ale mam jeszcze czterdzieści osiem godzin krzyżowej jurysdykcji. – Widząc niezadowoloną minę Yossfa, dodałem: – Nie ja napisałem ten dziurawy kodeks. Dzwoń, dzwoń.
Usiadłem na krawędzi biurka i zamyśliłem się. To mogły być jednak udane święta. Pizza i Wyuzdane Kelnerki IV: Edycja Holo 3D mogą poczekać.
– Nie uwierzysz – wyrwał mnie z zamyślenia Yossf.
– To po co mi mówisz?
Yossf się nadąsał, ale kontynuował:
– Franz Ghallager nie żyje. Dwa tygodnie temu popełnił samobójstwo w swoim apartamencie na Fidżi. Rodzina trzymała to w tajemnicy przed mediami.
– Niech zgadnę...
– Nie zgaduj. Ghallager pracował z Antilee’m przy ich ostatnim projekcie.
– Tabletki? – dopytywałem się, jakbym otwierał gwiazdkowe prezenty.
– Na oczach rodziny strzelił sobie w głowę.
Zmieszałem się trochę. Moja naprędce skonstruowana hipoteza właśnie zawaliła się jak domek z kart.
– A trzeci?
– VanderHaven. Żyje. Wciąż mieszka na kampusie Uniwersytetu Północno-Wschodniego Megalopolis, tu, w trzecim Dystrykcie. To trzydzieści minut tunelem tranzytowym.
Tunel tranzytowy – chodzenie dla leniwych. Nie lubiłem ich. Korzystając z tub, czułem się jak paczka w poczcie pneumatycznej. No i wyprzedzanie w zatłoczonych sekcjach było mordęgą. Jedyną rozgrzeszającą właściwością tuneli tranzytowych – oczywiście, poza szybkością podróży – była możliwość zaistnienia mało prawdopodobnej sytuacji, w której z powodu nieuwagi, pośpiechu lub kombinacji obu tych czynników, tubą poruszała się kobieta w mini.
Rozłożyłem ręce.
– Ja nie mam nic lepszego do roboty, a ty?
*
Yossf miał.
Skoro sprawą miało zająć się policyjne ramię Biura, czuł się zwolniony z inkwizycyjnego obowiązku, wsiadł w powietrzną taksówkę i wrócił do kochającej żony i pary rozwrzeszczanych dzieciaków. A ja byłem ciekaw.
W tunelu tranzytowym było jak zwykle zimno i tłoczno. Zapominalscy ojcowie, synowie i kochankowie wracali z zakupów na ostatnią chwilę, zadowoleni, że udało się kupić coś ukochanym, i zupełnie nieświadomi, że kupili akurat coś, co nie przypadnie ich żonom, matkom i wybrankom do gustu. Według mnie najlepszym prezentem był bon kredytowy – i może właśnie dlatego spędzałem święta z insta-pizzą i holograficznym pornosem. Za przezroczystymi szybami tuby rozciągała się majestatyczna, chociaż być może odrobinę nudna panorama: strzeliste arkologie sięgające nieba, otoczone gniazdami coraz mniejszych wieżowców. Sfery zderzały się ze sobą, tworząc coś na kształt wzajemnie wykluczających się kręgów na wodzie. W oddali majaczyła jaskrawo oświetlona budowla, większa nawet niż największe arkologie: amerykańska winda orbitalna.
Wysiadłem w trzecim Dystrykcie, tak jak polecił mi Yossf, dopchałem się do bramki rejestrującej mój biologiczny dowód osobisty i wreszcie wolny, wyszedłem na pokryte śnieżną czapą ulice Starego Starego Miasta. To kuriozalny widok: staromodne domki jednorodzinne lub ewentualnie trzy-czterobudynkowe szeregowce, a w tle gargantuiczna wieża zasłaniająca horyzont, jakby ktoś zestawił ze sobą dwa obrazki w różnej skali. Zgonie z poleceniami GPS-a odnalazłem właściwy adres i wdrapałem się po starannie odśnieżonych, kamiennych schodach.
Zziębnięty i samotny, zastukałem do drzwi mieszkania profesora VanderHavena. Stukałem i stukałem, potem postukałem jeszcze trochę, a potem ktoś otworzył mi drzwi.
– W czym mogę pomóc? – Mężczyzna był równie stary co Antilee, jego pomarszczona, blada twarz zdradzała przygnębienie albo przynajmniej brak snu.
– Profesor VanderHaven? Dzwoniliśmy do pana. – Machnąłem odznaką. – D. Heim. Jestem z Biura. Mogę wejść?
– Zaraz się przekonamy – odpowiedział i zaczął przyglądać mi się badawczo.
W rewanżu ja przyglądałem się jemu. Szybko mi się to znudziło, więc wyminąłem go i wszedłem do środka. VanderHaven zamknął za mną drzwi, jakby właśnie tego się spodziewał, a potem wprowadził mnie do salono-sypialnio-kuchni. Wszędzie walały się ubrania, na każdym stole stało po kilka talerzy z niedojedzonymi resztkami. VanderHaven żył jak student w akademiku college’u.
– Nie przeszkadzam?
– Co? A, nie, mieszkam sam. Święta z kanałem pierwszym. – Wskazał na uruchomiony holowyświetlacz. – Powiedziano mi przez videfon, że sprawa dotyczy Gustava. Wszystko z nim w porządku?
– Nie żyje – oznajmiłem rzeczowo, szukając miejsca, gdzie mógłbym spocząć. Nie znalazłem.
VanderHaven zauważył mój problem, ale nie miał zamiaru nic z nim zrobić. Sam zasiadł na kanapie, na hałdzie brudnych ręczników i podkoszulków.
– Och. Jak to się stało?
– Właśnie próbujemy to ustalić. Mieli panowie jakichś wrogów?
Tak właśnie wyglądają spadające gwiazdy, pomyślałem, rozglądając się po melinie profesora. Ludzie patrzą w niebo i wymawiają życzenia, nie zdając sobie sprawy, że lot zbłąkanego zakończy się widowiskowym zderzeniem i kraterem. Oczywiście, nikt nigdy nie oglądał faktycznego upadku gwiazd.
– Nie, nie sądzę. – Staruszek podrapał się po głowie. – A czemu pan pyta? Coś mi grozi?
– A ten ostatni projekt? Tachiony, tak?
VanderHaven skrzywił się, kiedy to usłyszał.
– Co z nimi?
– No właśnie: co z nimi?
Na jednej z półek stała staromodna, może nawet XX-wieczna nakręcana zabawka. Przyznam, że należę do ludzi, którzy mają manię dotykania – więc i tym razem dotknąłem, potem nakręciłem śrubę i wreszcie patrzyłem jak plastikowi tancerze i tancerki poruszają się po wytyczonych dla nich przez konstruktora trasach, oddając się pląsom w takt kiczowatej muzyczki.
– Nic. Nie wypalił.
– Sponsorzy musieli być źli.
– Byli. – VanderHaven westchnął i pokręcił głową. – Cofnęli nam fundusze. Wszyscy trzej straciliśmy reputację, na którą pracowaliśmy przez ponad pół wieku. Może pan to sobie wyobrazić? No?
Odwróciłem się od zabawki. Chciałem zobaczyć jego reakcję na moje słowa.
– Ja? Jasne. Praca całego życia podarta w strzępy. Pewno bym sobie strzelił w łeb. A pan?
– No co pan!
– Tak tylko gdybam – westchnąłem, gotowy skapitulować. – A pan jak się trzyma?
Profesor się zmarszczył.
– A czemu pan pyta?
Trafiłem na cholernego paranoika.
– Bo nie wygląda pan dobrze.
VanderHaven machnął ręką. Wstał i podszedł do zepsutego ściennego dystrybutora żywności. Postukał w niego chwilę, aż wreszcie mechanizm zaskoczył. Pokój wypełnił się zapachem esencjonalnego bulionu.
– Stres. Spodziewał się pan w mojej sytuacji lepszego humoru?
– Nie, ale... może powinien pan się kogoś poradzić. Lekarza? – Albo psychologa. Ale nie takiego jak ja. Prawdziwego.
– Wszystko ze mną w porządku, panie... Heim. Proszę się nie martwić o moje zdrowie, umrę, kiedy umrę.
– To bardzo...
– A co pan taki zainteresowany? Powie mi pan, co przytrafiło się mojemu koledze?
– Cóż... – Nie miałem powodów, żeby zatajać prawdę. – Wygląda na to, że ktoś go zamordował i upozorował samobójstwo. Ale to nie koniec. Pana drugi kolega, Ghallager, również nie żyje. Popełnił samobójstwo. Tutaj nie mamy wątpliwości, że był to akt autoekstynkcji – poprawiłem się szybko.
Przez twarz profesora przemknęła seria emocji – zbyt szybko, żebym mógł je wszystkie rozróżnić.
– To przygnębiające – powiedział wreszcie. – Na jesieni życia. Zje pan coś? Mam fasolkę. I trochę tuńczyka.
- Nie. Nie, dziękuję. To chyba wszystko z mojej strony, panie VanderHaven. Proszę się spodziewać wizyty detektywa policyjnego, oni zawsze muszą wszystko sprawdzić dwa razy. Jeszcze raz dziękuję, że pan mnie przyjął, zwłaszcza że są święta.
– A co to ma za znaczenie? – zapytał, otwierając mi drzwi.
– Mmm, tak. Dziękuję.
– Żegnam, panie Heim.
*
Doszedłem do stacji tunelu tranzytowego – potworka zaprojektowanego przez jakiegoś awangardowego artystę, pełnego krzywizn i sztuczek z fałszywą perspektywą, także przez nieuwagę prawie wlazłem w ścianę – i tam właśnie spłynęło na mnie zrozumienie. Zatrzymałem się na środku drogi pomiędzy „peronami” i nie zważając na śnieg, który tłumił odbiór, wykonałem videfon. Rozłączając się, wiedziałem już wszystko, co wiedzieć powinienem. Zawróciłem. Najpierw szedłem niespiesznie, mijając zabudowania stacji, potem szybciej, kiedy kluczyłem kameralnymi uliczkami trzeciego Dystryktu, i wreszcie biegłem po terenie kampusu. Ponownie zadzwoniłem do drzwi profesora VanderHavena.
– Tak? – odpowiedział mi wreszcie znużony głos profesora.
– To jeszcze raz ja. To znaczy Heim. Mogę wejść?
Drzwi otworzyły się szeroko.
– Nie wiem. Może pan?
Dziwny człowiek. Ponownie go wyminąłem i tym razem sam trafiłem do wielofunkcyjnego pokoju.
– W czym mogę panu ponownie pomóc, panie Heim? – zapytał mnie VanderHaven, siadając na kanapie, na stosie brudnych ręczników, dokładnie tam, gdzie ostatnio. Ja też, mimo wrodzonego wstrętu, usiadłem na krześle zawalonym ubraniami.
– Może mi pan powiedzieć, czemu pan to zrobił.
Profesor nie odpowiedział. Wpatrywał się nieobecnym wzrokiem w ścianę.
– Wiem, że to pan – drążyłem. – Skontaktowałem się z pana lekarzem. Pan też zażywa Blubloxyl, prawda? W tabletkach po sto miligramów. Jestem pewien, że znajdziemy jakieś nagranie z kamery ulicznej, na którym widać jak odwiedza pan profesora Antilee. Dodamy dwa do dwóch. To było z pana strony nieostrożne. Nie zatarł pan po sobie śladów.
– A kto powiedział, że próbowałem?
Ta odpowiedź mnie zdziwiła.
– Policja już jest w drodze, ale że są święta, karnawał zbrodni, może im to zająć trochę czasu. Niech mi pan wszystko opowie. Współpraca z funkcjonariuszem Biura skróci panu czas odosobnienia.
Profesor uśmiechnął się i poprawił okulary. Nie wyglądał na zmartwionego czy przerażonego.
– Nie zamkniecie mnie.
– Ależ tak właśnie się stanie, panie VanderHaven. – Westchnąłem. – Będzie pan współpracował?
– Nie wiem. Może będę. Zaraz się przekonamy.
– Ee... panie VanderHaven, jestem tu, aby poznać prawdę.
Staruszek spojrzał na mnie i uśmiechnął się szerzej.
– Myślę, że tak. Myślę, że tak. Proszę za mną.
Wstał i ruszył do zasłoniętych kotarą drzwi po drugiej stronie pokoju. Położyłem dłoń na pistolecie. Nigdy z niego nie korzystałem, ale kto wie, jak zachowa się mój rozmówca. Wiek mógł mylić. Ostrożnie podążyłem za nim. Znaleźliśmy się w niewielkiej, ciemnej komórce. VanderHaven powiedział „światło” i oto nastała światłość. Pod ścianą, na stole przykrytym plandeką, stało... coś. Nie spiesząc się, profesor ściągnął płachtę.
– Oto nasze magnum opus. Nadajnik tachionowy.
– Myślałem, że wam się nie powiodło – powiedziałem sceptycznie.
– Tak właśnie powiedzieliśmy prasie. I sponsorom. I naszym kolegom po fachu, i rodzinom. To jest powód, dla którego Franz popełnił samobójstwo, a ja musiałem otruć biednego Gustava.
– Chciał pan maszynę dla siebie?
– Nie, broń Boże! Zabierałem się właśnie za jej dekonstrukcję, kiedy pan wrócił.
Wskazał na zdemontowane części obudowy, a także młotek i palnik dźwiękowy leżącego na podłodze.
– Więc czemu pan to zrobił?
– Zabiłem Gustava? – spytał z żalem w głosie VanderHaven. – Bo był silny. Bo wiem, że sam by tego nie zrobił i kiedyś by się wygadał. Opowiedział światu, co odkryliśmy.
– A co niby odkryliście? – Byłem zaintrygowany, acz odrobinę zbity z tropu.
– Może lepiej panu pokażę. Mogę?
– Proszę.
Profesor wskazał mi krzesło, sam usiadł na drugim. Przestawił jakieś pokrętła urządzenia, a potem wcisnął duży, czerwony przycisk. Maszyna obudziła się do życia.
– Co ona robi?
– Produkuje tachiony.
Kochałem te naukowe wyjaśnienia. Tłumaczyć niezrozumiałe przez niezrozumiałe przez niezrozumiałe. Może nikt się nie zorientuje, że maszyna nie działa. Albo jest bezużyteczna.
– To znaczy?
– Cząsteczki podróżujące szybciej od światła. Udało nam się „spowinowacić” je z falą dźwiękową.
Jakby na potwierdzenie jego słów, w pokoju rozległ się głośny klakson. Wydobywał się z wnętrza maszyny, byłem tego pewien, z niewielkiego głośniczka zamontowanego z tyłu.
– To był ten tachionowy sygnał?
– Tak.
No proszę. Miliony dolarów, lata badania, a oni skonstruowali klakson. To mi przypominało te wszystkie badania socjologiczne przeprowadzane w ramach antropologii współczesności. „Naukowcy odkryli, czemu atrakcyjni ludzie zdradzają częściej.” Otwiera mi pan oczy, profesorze VanderHaven, pomyślałem. Ale nie powiedziałem tego na głos.
– Wysłał go pan, włączając maszynę?
– Nie. Dopiero to zrobię. – Profesor ponownie się uśmiechnął. – Rozumie pan, panie Heim, tachiony podróżują w kierunku przeciwnym do strumienia czasu. Wskaźnik zaczyna odliczanie w momencie zarejestrowania dźwięku, teraz mamy ustawiony interwał czterdziestosekundowy. – Wskazał na wyświetlacz odliczający czas do zera. – To znaczy, że wyślę sygnał czterdzieści sekund po tym, jak go usłyszałem.
Tego się nie spodziewałem.
– Odkryliście wehikuł czasu? – rozjarzyłem się jak choinka. – To fantastyczne!
VanderHaven milczał, całkowicie zaabsorbowany zmieniającymi się na wyświetlaczu cyferkami.
– Nie – odparł w końcu. – Odkryliśmy śmierć duszy. – Mówiąc to, wcisnął prostokątny zielony przycisk. Nic się nie stało. Po kilku sekundach znów rozległ się klakson.
Najgorsze, co mogło się przytrafić, to fizyk z zacięciem metafizycznym. Z tej gliny tworzono postacie szalonych naukowców w szmirowatych horrorach.
– Nie rozumiem.
– Słyszał pan drugi klakson?
– Tak.
– Więc to znaczy, że któryś z nas wciśnie przycisk. Stawiam, że to będzie pan.
– Po co miałbym to robić?
– A skąd mam wiedzieć? Ale już pan to zrobił. Za chwilę.
– Co pan chce powiedzieć? – Poczułem się jakoś nieprzyjemnie, nieswojo.
VanderHaven wsunął okulary na czoło i przechylił się niekomfortowo blisko w moją stronę. Swoimi zmęczonymi oczami szukał moich tak długo, aż wreszcie musiałem ustąpić i odwzajemnić spojrzenie. Chwycił mnie za rękawy, tak że nie mogłem się ruszyć.
– Nie ma wolnej woli, panie Heim. Tylko skutek i przyczyna.
Zrozumiałem, co chciał mi przekazać, ale wzburzyło mnie to raczej, niż przeraziło.
– Co pan plecie! – zawołałem i gwałtownie zerwałem się z miejsca. Nigdy nie byłem specjalnie zwinny, przypominałem raczej tego słonia, który działał w branży porcelany. Uderzyłem łokciem w wiszącą półkę, na której leżały kości holonagrań. Jeden z nośników spadł na stół i trafił kantem w zielony przycisk. Wyświetlacz akurat wskazał zero. Coś ścisnęło mnie w żołądku. – Nie. To niemożliwe.
– A jednak. Jesteśmy po prostu trybami wielkiej machiny, wolna wola to iluzja.
– O, nie, to jakaś sztuczka.
Sygnał odezwał się po raz trzeci, ale tym razem był dłuższy, a po nim nastąpiła seria kolejnych, krótszych. Włosy zjeżyły mi się na karku.
– Rozumie pan teraz, czemu musieliśmy zachować to odkrycie w tajemnicy? Gdyby świat się dowiedział, to byłby koniec ludzkości.
– Pan jest obłąkany.
VanderHaven zachichotał.
– Czyżby? Sam pan powiedział, że Franz popełnił samobójstwo. Nie mógł znieść swojego losu, wiedząc, że całe jego życie już zostało napisane, a on tylko odgrywa wyznaczoną rolę. Ja też chciałem... ale musiałem czekać, musiałem się upewnić, że ani on, ani Gustav nie zdradzą tajemnicy.
I utopili w projekcie tyle milionów, żeby nikt już nigdy nie próbował iść tą drogą. To miało jakiś pokrętny sens. Ale…
– To czemu wcześniej nie zniszczył pan maszyny? Czemu mi pan o tym wszystkim powiedział?
– Nie zniszczyłem jej, bo – w oczach profesora dostrzegłem szaleństwo – bo jej nie zniszczyłem. Sygnał budził mnie w nocy, przy różnych interwałach, więc nie mogłem byłem jej zniszczyć, bo najwyraźniej tego nie zrobiłem, prawda? A pan... pan tego nie przeżyje!
Rzucił się na mnie z kuchennym nożem w ręce, nie wiem, skąd go wytrzasnął. Zaczęliśmy się siłować. Udało mi się go odepchnąć i przyprzeć do stołu. Ze zgrozą zauważyłem, że jego głowa wciskała zielony przycisk. Zdekoncentrowałem się, a profesor mi się wyrwał. Znów zaczęliśmy się szamotać, co chwilę wpadając na stół i uderzając w maszynę. Nagle opór VanderHavena zaczął słabnąć. Wreszcie profesor wypuścił nóż i usiadł na podłodze.
– Za późno – sapnął.
– Pan potrzebuje psychiatry!
– Za późno – powtórzył. – Przed pana powrotem wziąłem podwójną dawkę Blubloxylu. Naprawdę zamierzałem ją zniszczyć... Śmierć nadejdzie szybko. Musi pan mnie wyręczyć, panie Heim, musi pan zniszczyć tę przeklętą maszynę! A później skończyć ze sobą, rozumie pan? To pana obowiązek!
– Proszę pana... – zacząłem, ale zauważyłem, że w oczach profesora zgasła świadomość. Patrzyły teraz na mnie dwie lśniące kulki. Czym prędzej powiadomiłem służbę ratowniczą i policję, a potem usiadłem ciężko na krześle i zacząłem wpatrywać się w maszynę.
Z zamyślenia wyrwał mnie klakson. Dźwięk nie urwał się po chwili, ale trwał nadal. Cyfry zaczęły swoje nieubłagane odliczanie... a ja zacząłem się pocić. Nie wiedziałem, co się ze mną dzieje. Czułem jakiś nieokreślony strach. Mój oddech przyspieszył. Wyświetlacz pokazał „dwadzieścia”. Rozbieganym wzrokiem zacząłem się rozglądać po pokoju. Mrugałem jak stroboskop, zupełnie straciłem poczucie czasu. Powoli odsunąłem się od stołu. Dzieliło mnie od niego dobre trzy metry, a licznik dochodził już do dziesiątki, kiedy dźwięk się urwał. Odetchnąłem. Nagle gdzieś nade mną rozległ się łoskot. To ta półka. Kiedy wcześniej w nią uderzyłem, wywróciłem jakąś figurkę, która oparła się na drugiej. Przez cały czas mojej dalszej rozmowy z profesorem, a potem szamotaniny, na spółkę z grawitacją niestrudzenie pracowała, żeby wywrócić sąsiada. Teraz jej się udało. Drugi posążek runął na stos kości holonagrań. Jedna kość wyślizgnęła się spod sterty i poszybowała w dół. Wylądowała na zielonym przycisku dokładnie w momencie, w którym licznik wskazał zero.
Mogłem wstać i szybko strącić nośnik, ale tego nie zrobiłem. Byłem zbyt zdruzgotany tym strasznym odkryciem. Mijały sekundy. Wreszcie oprzytomniałem i odciążyłem przycisk. Mogło to trwać, ile? Dwadzieścia pięć, trzydzieści sekund? O Boże. To prawda. Obrzuciłem maszynę pełnym odrazy spojrzeniem.
*
Zniszczyłem ją, tak jak sobie życzył profesor. Jeśli były jakieś notatki, jakieś pliki ze specyfikacjami, to VanderHaven pozbył się ich już wcześniej. Pojawiła się policja, a ja po złożeniu zeznań wróciłem do swojej kawalerki. Wstawiłem pizzę-instant do ponownego odgrzania, do holowyświetlacza włożyłem nośnik z Wyuzdanymi Kelnerkami IV, przyniosłem sobie mały ręczniczek i rozsiadłem się wygodnie w fotelu.
Ciszę zmącił sygnał odgrzewacza, informujący mnie, że mój smakowity świąteczny posiłek jest już gotowy. Spojrzałem na biurko, gdzie położyłem pistolet. Zastrzelić się?
Czy może już to zrobiłem?